Traktat o Łodzi bez rzeki – filmem i winem płynącej

To była horrendalnie piękna dla mnie doba. Ego poczuło przymus podzielenia się z tobą przyjemnościami przedwczorajszej środy. Zaczęła się wtorkowym zakończeniem szpitalnych miesięcznych wakacji. Krowa ma cztery żołądki, a mnie w zupełności zadowala od dwóch tygodni jedna czwarta. Złośliwy lokator został eksmitowany skalpelem z brzucha na bruk razem z prawie całym mieszkaniem. Z warszawskiego szpitala od razu do Łodzi na degustację importera Vininova.

Autokar Flixbusa stoi po 15 złotych. W jedną stronę siedmiu pasażerów, w drugą zwyżka – kilkunastu. Ta firma nie płaci podatków czy ma darmową benzynę? W Łodzi przesiadka do miasteczka Zgierz, na wszelki wypadek zabrałem paszport, co zalecają rodowici łodzianie. Tam czekała mnie serdeczna koleżanka z kolacją i śniadaniem, bez seksu. Tam czekało na mnie też pierwsze poranne wzruszenie. Kawa. Jajecznica. Pumpernikiel. Pomidor. Po kilku miesiącach bez normalnego jedzenia (zasługa wymienionego lokatora) te cztery składniki nakrycia stołu były przeżyciem, którego zapewne nie umiesz doświadczyć. Maślana łagodność smaku jajek od kur grzebiących pazurami na wiejskim podwórku. Ten Pomidor pachnący greckim szczepem xinomavro i równie mięsisty jak wina z niego. Jeszcze nie wypiłem wina, a czułem się jak w połowie butelki. Albo jak Alicja w krainie czarów.

W Łodzi pomiędzy przedpołudniowymi warsztatami Vininovy a jej przedwieczorną degustacją przeszedłem w środę maraton śladami filmowymi. To osiągniecie, biorąc pod uwagę, że tydzień wcześniej spacer po sali szpitalnej przy wsparciu dziadkowego balkonika był czynem heroiczno – tragicznym. Nie do takiej stabilizacji dążyłem – unieruchomienia przez miesiąc w sali szpitalnej. Obejrzyj efekty tego spaceru.

Zainwestuję w lepszy aparat. I w tłuściejsze kolana, bo nowotwór zjadł mi ponad 20 kilo. Na sławnych schodach w Szkole Filmowej siedzę na stałej miejscówce Polańskiego, z której lubił imponować studentkom skacząc w dół schodów. 

 

Niektóre spośród zdjęć z legitymacji studenckich absolwentów Filmówki na tle wejścia do wydziału reżyserii.

Ul. Narutowicza 67 zwana kamienicą filmową. Wśród dawnych mieszkańców zaznaczone na zdjęciach mieszkanie Kawalerowicza („Faraon”, „Quo Vadis”), również Passendorfer („Janosik”) i Starski (Oscar za scenografię do „Listy Schindlera”).

Z Kawalerowicza powstali adwokaci.

Janosik” od zawsze należał do moich ukochanych seriali, ale kocham też pożądane zwroty akcji w życiu, bo jego scenariuszy czasem nie potrafię sobie wyobrazić. Gdy stan kawalerski stał mi się nieznośny, wszechświat przysłał mi córkę reżysera „Janosika”. Ślub za półtora miesiąca. Aha – zauważyłem u niej też inne zalety oprócz rodowodu.

 

Henryk Kwinto i sax. W „Vabanku” na tym dziedzińcu pewien silnoręki wysłany przez prezesa banku Gustawa Kramera pomógł umrzeć przyjacielowi Kwinty.

Z takiego pantofelka warto pić szampana. Zagrał w „Kingsajzie”, obecnie stoi przed Muzeum Kinematografii w Łodzi.

Muzeum Kinematografii w środku. Nasz miś Uszatek był niedawno zarekwirowany przez komornika po upadłości studia filmów animowanych Se-Ma-For. Nie lubię komorników, lubię misia.

 

Na poddaszu tego domu mieszkał Kieślowski w trakcie studiów na Filmówce.

W tej klasycznie dla Łodzi uroczo zaniedbanej kamienicy mieszkał przed wojną na najwyższym piętrze młody Tuwim.

 

Monumentalna kamienica, w tym narożniku znajduje się byłe mieszkanie Zanussiego, które w „Ziemi Obiecanej” posłużyło jako lokum trójki bohaterów filmu.

Na tyłach tej kamienicy przy Piotrkowskiej mieszkał Pan Samochodzik, czyli pisarz Zbigniew Nienacki. Kto oprócz mnie wychował się troszkę na tej serii?

 

Poproszę o takie murale w Warszawie. Bohaterów nie zabraknie.

 

Na degustację podjechałem tramwajem. Spiker komunikował co przystanek „Witajcie w Łodzi! Mieście kultury i sztuki.” Dodam – również mieście starych pijanych i młodych tatuowanych. Tych pierwszych zawsze staram się w Łodzi omijać, choć czasem bez wzajemności. Ale tym razem pewien żul zakłócił mój dobrostan tylko na parę chwil.

Na prezentacji Vininovy było mnóstwo świetnych win. Wszystkie mi nie smakowały. Ot, taki urok miesięcznego żywienia dożylnego węglowodanami prostymi i brakiem praktyki degustacyjnej. Mięśnie policzków należy rozgrzewać na nowo, a ja w tym roku wypiłem może dwie butelki, za to wyplułem pół wanny.

To była horrendalnie piękna dla mnie doba.

5 thoughts on “Traktat o Łodzi bez rzeki – filmem i winem płynącej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *