Lekarze ostrzegają: masturbacja polskimi butelkami wina szkodzi zdrowiu

Lubisz poczytać do porannej kawy z rogalikiem? To akurat ten rodzaj wpisu. Chyba że dzień zaczynasz od kieliszka polskiego wina, wtedy może przestać smakować – ono lub ja. Właśnie zajrzałem do lodówki. Nie w poszukiwaniu rogalika, a w obawie, że napadnie mnie butelka polskiego wina. Na półkach sery, warzywa, oliwki i kilka białych win: alvarinho, chenin blanc, verdicchio. Uff, epidemia mnie omija.

 

Nie nabijajcie mnie w polską butelkę, czyli onanizm bez orgazmu

Niejednokrotnie płynę w życiu w drugą stronę. Nawet z przekory, bo lubię równowagę: kiedy wskazówka przesuwa się w którąś stronę poza widnokrąg, to łapię ją oburącz i ciągnę w drugą. Od pewnego czasu widzę, że w polskim ogródku wielu sadzi radosne winiarskie kwiatki, które mają zasłonić marną glebę, więc ja dla balansu powrzucam kamieni. Albo granat, niech pierdolnie. Może ktoś wytrzeźwieje?

Ja tu o ogródku bez ogródek – bo nie jestem pomidorem, nie muszę wszystkim smakować. Nie jestem Zeligiem z filmu Woody Allena, który zamknięty w pokoju z rabinami po chwili zaczyna mówić w jidysz i rosną mu pejsy, a w otoczeniu ludzi grubych błyskawicznie tyje. Jestem nieprzystosowany.

I’d rather be hated for who I am, than loved for who I am not

Kurt Cobain

Próbowałem polskich win od wszystkich najbardziej znanych winiarzy. Kilka z tych butelek było naprawdę udanych. Udały się. Ale większość udaje się co najwyżej średnio. W „Fermencie” zaś czytam nagłówek: „Polskie bąbelki prędko dołączają do tuzów gatunku jak szampan, cava”. Niebywałe, polskie liczydła doganiają kalkulatory! Niebawem ogłosimy, że szampany to wina musujące robione tradycyjną metodą polską. My nie gęsi, swoje wina mamy, a Francuzi uczyli się od nas posługiwać widelcami.

W ferworze biało-czerwonej egzaltacji zapominamy, że rynek polskich win musujących to kilkunastu producentów. Nikt z nich nie ma wciąż zapasów, z których można by robić nierocznikowe cuveé starzone długo na osadzie. Gost Art – przyzwoity polski musiak o nutach kwaskowych owoców sadu rośnie w polskim internecie jak ryba wędkarzowi, aż prestiżowa warszawska restauracja szacuje go na 2/3 ceny klasowego szampana Larmandier-Bernier Latitude. To ja za 180 zł poproszę cztery dania główne i Cisowiankę.

Przestałem czytać polskich winopopulistów. Bardzo smakują mi polskie gruszki, twarogi oraz żytni na zakwasie z masłem równie polskim, chętnie delikatnie solonym. Polskim winom jeszcze sporo brakuje. Pisanie pod hype/kliki/zamówienie/chęć zrobienia komuś dobrze/nadzieję, że ktoś w podziękowaniu też zrobi dobrze – jest nie dla mnie. Seks bez orgazmu potrafi dać satysfakcję, ale czy brak orgazmu przy masturbacji ma sens? A polskie wina to masturbacja bez finiszu. Udawany orgazm.

Wsiąść do pociągu, byle polskiego

Dlatego na razie zostałem na peronie. I nie jestem Zeligiem, nie muszę dołączać do stada. Również nie lubię stać w tłoku na korytarzu wagonu drugiej klasy, płacąc za bilet klasy biznesowej. Bo z czym kojarzą ci się ceny polskie i zachodnie – że na Zachodzie wszystko kosztuje więcej? Prawie się zgadzam. Za wyjątkiem win. A choć polskie wina kosztują kilka razy więcej od słoika tranu, to czasem okazują się od niego mniej smaczne.

Wiem, że maszyniści tego polskiego pociągu nie jadą z górki. Że na szynach kładą im tony dokumentów. Że za sprzedawanie wina z gąsiorka – codziennej praktyce w Gruzji, Rumunii, na Węgrzech – w Polsce grozi więzienie. Że koszty przy zakładaniu winnicy – zanim sprzeda się pierwszy rocznik – trzeba pokryć z zyskownej fabryki konserw. Że na każdej stacji czyha posłaniec Polskiej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, według którego smakosze johannitera macerowanego miesiąc na skórkach degradują swój humanizm na równi z tymi, którzy wychylają pod sklepem mamrota prosto z wiadra.

Jednak gdy po spróbowaniu przeciętnego polskiego wina słyszę: 70 złotych, to kartę płatniczą wyjmuję, ale na peronie zagranicznym. Nie mam ochoty płacić podatku patridiotycznego.

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie

Zapytaj kogokolwiek, czy lubi szczerość. Większość bez zastanowienia powie: oczywiście!

Większość tej większości kłamie, bo lubi szczerość, która nie zakłóca i nie niepokoi ich poglądów. Szczerość dla większości to cenna wada. Dla mnie, jako weredyka, prawda jest wartością samą w sobie. A najbardziej cenię szczerość wobec siebie, stawiam ją wyżej od materialnych profitów, które mógłbym potencjalnie dostać za „elastyczne zarządzanie prawdomównością”.

Wyobraź sobie Zuzię, deklamującą wierszyk, która parę razy się zacięła, zgubiła rytm i pominęła dwa wersy. Dygnęła, zebrała brawa i głaski po główce. Ode mnie też, bo dziecko to ośmieli i zmotywuje. Ale polskich winiarzy nie traktuję jak Zuzi. Zagłaskanie dorosłych ambitnych ludzi jest niedźwiedzią przysługą. Nawet jeśli w człowieku tkwi potrzeba głaskania siebie i otoczenie po genitaliach. Niech każdy z dzisiejszych piewców polskich win sam sobie odpowie na proste pytanie: chcę te wina ocenić czy chcę pochwalić? Czy dodaję punkty za pochodzenie lub po znajomości? Składanie takich hołdu przypomina mi tanią modę na noszenie koszulek z powstańczą symboliką.

Tym akolitom proponuję degustowanie w ciemno, win polskich przeciwko pozostałym. Ja mam swoją metodę rozpoznawania polskości w blind tastingach. Jeśli ceny polskich win na takich degustacjach są zbliżone do zagranicznych, to „nasze” prawie zawsze okazują się mniej zintegrowane i mniej kompleksowe. Ta technika sprawdza mi się jakoś w ośmiu przypadkach na dziesięć. Czyli w takich porównaniach polskie wina wypadają gorzej, choć i tak poprawa ich jakości jest zauważalna. Bo jeszcze dekadę temu do wypicia polskiego wina potrzebne były cztery osoby (według pisma „Punch” tak onegdaj degustowało się wina angielskie): upatrzoną ofiarę przytrzymywały dwie osoby, gdy czwarta wlewała jej ciecz do gardła.

Teraz Polska – robimy najlepsze polskie wina na świecie

Nie tylko robimy najlepsze polskie wina, ale je też samodzielnie wypijamy! Tak jak Estończycy wypijają estońskie. Co prawda, polskie Ministerstwo Finansów w 2018 roku odnotowało blisko dwukrotny skok eksportu win, który dotąd utrzymywał się na poziomie poniżej 10 mln. hektolitrów rocznie; ale ta wartość zawiera też popularne i byle jakie wermuty. To nadal nieimponująca liczba, dobijająca ledwie 0,1 % ogólnej wartości wywożonych z Polski artykułów rolno-spożywczych.

Ale za martyrologią i toczeniem bohaterskiej krwi o sprawę polskiego narodu stoi tysiąc lat historii, dlatego wielu krzyczy: „Dobre! Dobre, bo polskie!”. A za nimi zawsze pójdą szwadrony. Kupą, mości panowie. Pół wieku temu młodzi Polacy nosili brody, które potem stały się symbolem starości, ostatnio moda na nie wróciła. Matki pół wieku temu płodziły Jasiów, Stasiów i Antosiów, którzy potem stali się symbolem starości, dziś znowu ich modnie płodzą. Potem okazują żal w przedszkolach, że inni rodzice są równie kreatywni. Moda na polskie wino nie ma zapuszczonych korzeni, jest fenomenem tego sezonu. Nic dziwnego, bo pół wieku temu wina krajowe wyglądały tak:

Dogonić Zachód i przegonić?

Najpierw ten Zachód niech się dowie, że robimy nie tylko ogórki kiszone. Otwieram kieszonkowy winebook Hugh Johnsona na rok 2019 i Polska w nim istnieje niczym na niemieckiej mapie z 1940. Chociaż Kosowo zaznaczyło obecność w dwóch zdaniach, a Ukraina, no, to już ćwierć strony.

Unoszę w obie ręce główne kompendium wiedzy o współczesnym winiarstwie na świecie. Tutaj waga polskiego winiarstwa została trochę bardziej doceniona, jesteśmy opisani skrupulatnie niczym Holandia i prawie tak jak Malta. Co prawda nikt z zastępu brytyjskich autorów nie zakochał się w naszych butelkach na tyle, żeby coś napisać, ale od czego był Wojciech Gogoliński…

W zachodniej prasie trafiam coraz częściej na artykuły z egzotycznego winiarskiego świata. Czytam o złotych medalach na dużych i poważnych konkursach typu Decanter czy Concours de Mondial de Bruxelles dla win hinduskich, tajskich, tureckich, belgijskich. Czy znasz polskich winiarzy chwalących się pozytywnymi ocenami dziennikarzy i blogerów spoza Polski?

Ja widziałem jakiś blogowy wpis Japończyka o „Ultrze” z Domu Bliskowice. Pinot noir z Adorii zdobył medal na International Wine Challenge. No, prawdziwy ocean zaszczytów. Nasze wina są tak poszukiwanym towarem jak abonamenty na oglądanie polskiej ligi piłki nożnej za granicą.

Zakończenie, a może początek

Czy coś tracę tym felietonem? Niczego nie tracę, bo własnego osądu nikt mi nie może zabrać, a ja niczego od nikogo nie oczekuję. Co najwyżej jakiś gospodarz spuści psy, gdy będę chciał spróbować jego win. Może ominie mnie prowadzenie degustacji czy darmowy karton polskich win. Ale Artur Sandauer mawiał, że prawdziwym krytykiem literackim staje się wtedy, gdy zostaje się skłóconym z wszystkimi literatami. Nie jest łatwo o obiektywizm, gdy chcesz pisać o winach kolegi. Niezbędne są stalowe jaja/jajniki. Ja umiem oddzielić sympatię od szczerej opinii. Szczerość to cenna wada.

Domknę ten wpis „Pięcioma Zasadami Człowieka Inteligentnego”. Po pierwsze – nie myśl. Po drugie – jak już pomyślałeś, to nie mów. Po trzecie – jeśli powiedziałeś, to nie pisz. Po czwarte – skoro napisałeś, to nie podpisuj się. Po piąte – jeśli podpisałeś, to niczemu się potem nie dziw…

.

21 thoughts on “Lekarze ostrzegają: masturbacja polskimi butelkami wina szkodzi zdrowiu

  1. Ja też mam duży dystans jeśli chodzi o polskie wina, głównie w kontekście relacji cena-jakość ale nawet jeśli przyjąć samą jakość jako kryterium, to czerwonych nadzwyczajnych polskich nie piłem. Gdyby polskie wina kosztowały poniżej 30 zł to raczej nikt by nie narzekał a kupujacych byłoby coraz więcej, natomiast ceny typu dobre kilkadziesiąt złotych za co najwyżej dobre+ czerwone polskie wino to dla mnie za drogo.
    Powiedziawszy to muszę przyznać, że na panelu porównawczym w ciemno win musujących na zlocie blogosfery, za najlepsze wino warte kupienia wybrałem polskiego sekta od Gos Art ;-))
    to dopiero niespodzianka 😉 dla mnie był lepszy do tych szampanów nierocznikowych ( chyba dwóch) co były na tej degustacji, nawet jeden rocznikowy szampan ( niestety nie pamiętam producenta) nie zrobił na mnie wrażenia. Nie wiem gdzie i po ile można kupić tego sekta od Gos Art ale jeśli poniżej 50zł to mógłbym nawet się skusić.

    1. Gost Art kosztuje 50 zł, w restauracji 180.
      Próbowałem go trzy razy, przyzwoity kwasik, w tej cenie można mieć lepsze, ale i gorsze.
      Na Zlocie Blogosfery słabiutko wypadła rocznikowa utleniona cava z dyskontu. Chyba był też marnawy dyskontowy szampan, ale wypadł dla mnie ciut lepiej od Gost Arta.
      Generalnie jednak mi chodzi o szczerość opinii, tutaj mam wątpliwości.

  2. To nie są czasy stonowanych i ważonych opinii. Wybitność i beznadziejność straciły swe znaczenia i stały się niemal ekwiwalentami pojęć udany i słabe.
    Zresztą widać to również w pewnym stopniu w Pana tekście. Proszę nie czuć się urażonym. Znak czasów. Musi być jak u Hitchcocka.
    Co do zasady zgadzam się z Panem.
    Nasze wina są drogie. Nie pisałbym że większosć jest byle jaka, bo to truizm. Nawet wobec win z krajów o wielkich winiarskich tradycjach. Stosunek jakość do ceny jest marne en masse.
    Należy jednak pamiętać że popularyzatorzy z zasady skupiają się na zaletach i… przyciemniają swiatlo by ukryć wady. Dodać do tego znak czasów i mamy rażące Pana zjawisko. Jasne, można powiedzieć że Mołdawia też ma ciężko. Tylko co nas to w tym kontekście obchodzi. A że część recenzji trzeba umieć czytać? Żadne to novum. Tu przynajmniej wspiera się często ludzi z pasją i ambicjami, oraz często talentem a nie korporacje.
    Młode krzewy, mała produkcja, nadal trudne warunki. Bądźmy wyrozumialsi, choć oczywiście wymagajmy. Tylko rozsądnie. Z umiarem.

    1. Tyle że ja nie wymagam, nawet nie proszę, by polscy winiarze robili lepsze wina. Kimże zresztą jestem, żeby…? O ceny też zbytnio nie gardłuję.
      Ja wyrzuciłem w tekście z trzewi to, co mnie zaczęło drażnić/ubawiać – nowy trend do głaskania tych win i lukrowania rzeczywistości.
      Z różnych przyczyn, najpierw szeptem, potem chórem, zaczęło się okazywać, że polskie wina już są bardzo dobre. O gust nie spieram się. Spieram się o rzetelność osądów.

      1. Rozumiem w zupelności. Zwlaszcz że znana sentencja jakoby cukier krzepił, jest wysoce dyskusyjna. Nie mam na mýsli tego we winie, choć i jego nie cenìę., pomijajac skraj skali.

  3. Za mało piłem polskich win aby generalizować jak Pan ale z ogólną tezą się zgadzam.
    Zdarzyło mi się pić dobre polskie białe wino ( np od Płochockich czy Nad Jarem ) ale po ostatnim b. niemiłym kontakcie z czerwoną „Polką” ( najgorsze czerwone wino jakie w życiu spotkałem; nie piszę ,że piłem bo tego nie dało się pić) wyleczyłem się z polskiej czerwieni na długo.
    Jestem jak najbardziej „za” aby wspierać ambitne projekty płacąć np. trochę więcej za rodzime ale dobre wino lecz to szaleństwo z zakładaniem kolejnych winnic nie jest dla mnie zrozumiałe.
    Nie widzę sensu wspierania na siłę wszystkich ,którzy gdzieś próbują ulokować swoje pieniądze w produkcję wina nie zależnie od warunków .
    A to ,że są portale/czasopisma , dla których prawie co drugie wino/producent , o którym piszą to „kultowe” to nie dziwmy się , że i w podobny sposób „pompują ” polskie wina.
    P.S. Odnosząc się do fenomenu kolejnych polskich winnic chciałem napisać o tych , co się nie „załapali” na biznesy z aptekami czy browarami restauracyjnymi ale chę wierzyć ,że byłoby to niesprawiedliwe dla wielu pasjonatów winiarstwa.

    1. Nie jesteśmy jeszcze na etapie robienia fortun na winach, biorą się za nie ludzie z zainteresowania, czasem wręcz działkowicze-hobbyści w pierwszym pokoleniu.
      Wtedy wina są, jakie są.
      Można jednak być pewnym, że jakość będzie rosła…

  4. Panie Robercie Szanowny,
    zgadzam się, że zachwyty i hurraoptymizm przerastają rzeczywistość znacznie.
    Należy też walić prawdę w oczy rzetelnie jeśli mamy zastrzeżenia do jakości.
    Ale pamiętam też, że to początek drogi. Trudno porównać nowe gospodarstwo z takim, które istnieje od pokoleń, jeśli chodzi o nakład pracy, kosztów, etc. O trudnościach biurokratycznych Pan wspomniał. To trochę tak jak z zakupami – jak będziemy je robić tylko w dyskontach to za moment będą tylko one i wtedy zrobią co chcą. Ja nie chcę takiej rzeczywistości. Zwyczajnie trzeba pomóc, jeśli wino jest dobre przymykam oko na 20-30% różnicy in minus w stosunku do Włocha czy Francuza. Stać mnie. Kiepskości nie wybaczam.
    Zgadzam się też, że generalnie wina polskie są drogie, ale argumentowanie tej tezy, że jakaś warszawska restauracja bierze dwie stówy za rzeczone wino jest poniżej Pańskiego poziomu, notabene owo wino wczoraj widziałem poniżej stówy w jednym z krakowskich sklepów.
    Tytuł też trochę jak z brukowca, stać Pana na więcej niż taniusie triki. Ale temat ważny, fajnie że się pojawił.
    Ukłony,
    niezmiennie fan
    TW

    1. No, moim zdaniem 180 za Gost Arta jest rabunkową ceną. A podzielam pogląd, że za wysiłek i pasję można zapłacić coś ekstra w stosunku do np. komercyjnego molocha o porządnej jakości.
      Podkreślę tylko, że jestem sceptykiem, gdy kolejne degustowane polskie wino okazuje się w moim odczuciu dużo mniej wartościowe niż mlaski z cudzej recenzji. I stąd ta masturbacja, która niczemu nie służy, nie daje radości itd. Tytuł, jak i tekst, może podobać się lub nie, ja nie kalkuluję, tylko piszę z trzewi 🙂

    1. Nie wiem czy modne, bo za modami nie podążam. A stylistykę pisania mam taką, akceptuje się, lubi lub nie lubi. Nie piszę pod nikogo…

  5. Tutaj nie chodzi o Zuzię. Tu chodzi o widownię.

    O ile dorosłej Zuzi jak najbardziej przydadzą się pańskie uwagi (o ile oczywiście Zuzanna jest zdolna do autorefleksji), o tyle (każda?) próba (w)mówienia publiczności co jej się ma podobać a co nie, jest skazana na niepowodzenie. Pamiętajmy, że zanim ktoś przyjmie inny (choćby najbardziej obiektywny) punkt widzenia, musi się pierwej wyzbyć własnego.

    1. Ciekawa refleksja, tylko zabrakło w niej dla mnie precyzji co do tego, kto próbuje wmówić publiczności: ja czy ci, do których w tekście ja piję?

      1. Z artykułu zrozumiałem, że to Pan stoi po stronie obiektywizmu (czy nawet prawdy) i do niego chce Pan przekonywać błądzących. Doceniam postawę, nie dostrzegam _praktycznego_ sensu.

        Posłużę się analogią termodynamiczną. Rozpatrzmy położenie człowieka w samym podkoszulku w warunkach temperatury powietrza +10*C. Czy obiektywnie jest mu ciepło czy zimno?

        1. To odczytał Pan niezgodnie z intencją.
          Otóż ja jestem dość przekonany, że powstało pewne środowisko ludzi, którzy marzną na śniegu w podkoszulku, ale twierdzą, że jest ciepło.
          Z różnych powodów.
          Nawet takich, że producent podkoszulka zapłacił za to wyziębienie organizmu.

  6. Dzięki serdeczne za ten wpis, bo można było odnieść wrażenie, że już mało kto jest trzeźwy w gronie piszących o winie. Warto dodać dwie rzeczy odnośnie do tematu i zarazem opinii pojawiających się powyżej. 1. Problemem polskich win nie jest ich mierność wobec wielkich win, wielkich tradycji, wielkich apelacji itd. To akurat jest zrozumiałe. Ich problemem jest to, że zazwyczaj są gorsze, równie lub tylko ciut lepsze niż przeciętniactwo z takich krajów jak Węgry, Słowacja i Czechy (nie tylko Morawy, ale też czeski region winiarski). I zarazem są 2-4 razy droższe niż tamtejszy przeciętny poziom. 2. Można zapłacić więcej – jeśli kogoś stać – za pasję, małą skalę, bycie początkującym itd., ale po pierwsze nie aż tyle więcej, a po drugie we wspomnianych krajach pasjonaci, nowicjusze czy gospodarstwa dwuhektarowe potrafią robić to lepiej i taniej lub podobnie, ale znacznie bardziej równo pod względem jakości i zarazem znacznie taniej. Wezwania do patriotyzmu, lokalności czy popierania pasjonatów są w tym przypadku masochizmem. Poprzeć to ja mogę małego producenta świetnego sera zamiast kupić dwa masowe sery w Lidlu, ale totalne przepłacanie za byle co to jest nonsens pod każdym względem. Wina nie pije się dla wspierania producentów, lecz dla fajnych doznań, a większość pijących ma ograniczony budżet. W efekcie zamiast płacić 70-90 zł za pijalnego, ale przeciętnego polskiego rieslinga, mam w tej cenie wyprodukowane od 100 do 300 km na południe dwa rieslingi lepsze lub trzy porównywalnej jakości, też od pasjonatów, z małych upraw, bywa że od winiarzy początkujących.

    1. Małe nieporozumienie się chyba wkradło. Przywoływałem kraje o dużych tradycjach winiarskich jedynie, by zaznaczyć że byle jakość wiekszosci produkcji to norma. Całość naszej produkcji jest istotnie gorsza i to rzecz jasna nie tylko od Francji czy Włoch, ale i Węgier czy Austri, oraz faktycznie Rumunii czy Czech. I faktycznie ceny są niezrozumiałe. Ale też nie przesadzajmy że wina nasze za 70-90 zeta są pijalne. Takie flaszki jak Hibernal od Pajdosza, czy Riesling od Russeau są już przyzwoite i stosunek jakosci do ceny rzecz jasna nadal odstaje, ale nie jest to już tak duży dystans i ja nie czuje sie tymi winami rozczarowany. Jasne, mówimy tu o nielucznych producentach, ale Polska ma ich (wytwórców w ogóle) generalnie mało.

    2. Mam to samo zdanie odnośnie punktu 2 Twojej wypowiedzi. W artykule o tym nie pisałem, ponieważ tematem była problematyczna dla mnie szczerość entuzjazmu co do polskich win.
      I w dyskusjach ludzi po przeczytaniu mojego tekstu, reakcje były różne.
      Większość, tak jak Ty, widzi średnią jakość polskich win. Ale kilka osób zaciekle zaoponowało, że nieprawda, bo bardzo dobre.
      Nawet ktoś napisał, że polskie wina są zajebiste, a ja zakompleksiony.

      Czyli opinie są różne, motywy też i w sumie dobrze. Ja tylko przedstawiam swój punkt widzenia, ktoś może go przyjąć lub odrzucić.

  7. Hmm… świetny artykuł.
    Z głównym przesłaniem się zgadzam. Ja ostatnio zauważyłem takie coś:
    pół roku temu kupiłem Solarisa od Turnaua w zwykłej cenie (70-80 PLN) i był smaczny. Ostatnio kupiłem go w promocji na winezja.pl za 54 PLN i był… PYSZNY.
    Cena wina ma znaczenie dla ogólnego osądu wina – kubki smakowe chyba wyczuwają „piniądz” i stawiają wyższe wymagania :-).
    Pozdrawiam i cieszę się, że znów zaczynasz regularnie pisać.

    1. Dziękuję, piszę dla siebie i dla tych, którym daje to chwilę przyjemności.
      Gdybym miał wybrać jedną jakościową polską winnicę, to byłby Turnau.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *