Pokochałem cię, Prioracie

Zacznę nieodkrywczo: lubię odkrywać i lubię trochę polatać. I jak każdy kto trochę lata, słyszę od tych, co tylko chodzą: Zazdroszczę. A w social mediach szalenie modne jest nawet zazdraszczanie. A zazdroszczuj do pełna – cudza zazdrość mnie inspiruje. Dlatego ten wpis jest dla tych, których pośladki najwygodniej układają się w fotelu biurowym. Bo zamiana go na fotel pasażerski nigdy dotąd nie była tak łatwa. I tania.

Mieszkańcy Ugandy czy Mongolii zaoponowaliby, gdyby mój blog podbił świat jak Coca-Cola. Ale jako realista zwracam się raczej do dzieci z Rzeszowa. No więc drogie dzieci, dzięki samolotom możecie zobaczyć więcej świata niż Immanuel Kant (to taki gostek z epoki lodowcowej, szczegóły same sobie wyguglujcie).

Czy są pieniądze, czy nie / Lecę, bo chcę

Niestety za coraz bardziej demokratycznymi cenami lotów nie nadążają przewodniki turystyczne, nadal pisane dla wilków z Wall Street. Skoro do Jordanii poleciałem za sto złotych z ogonkiem, to hotel Kempinski nad Morzem Martwym interesuje mnie, ale z rabatem co najmniej 90 %. Dltego przydatne dla mnie informacje znajduję w internecie u innych włóczykijów. Jeśli ja nie zacznę pisać przewodników, to skazani będziemy na picie wina Lonely Planet, którego autorzy nigdy nie byli w opisywanych przez siebie miejscach. Really.

A ja parę miesięcy temu poleciałem do Barcelony za 300 złotych (choć taniej też można). Za hostel ze śniadaniem w centrum wydawałem 70 złotych za dobę. Dach nie przeciekał, zwłaszcza że w ogóle nie padało. Woda w łazienkach nie była za mokra, zwłaszcza że ciepła. Recepcjonista nie cuchnął, zwłaszcza że był kobietą.

Sprawdziłem teraz w internecie ceny „hoteli budżetowych”: dwójki już od 100 euro. No, rzucam się jak na crocsy w Lidlu.

I ty zostaniesz eno-podróżnikiem

Priorat nie ma jeszcze lotniska, więc żeby odwiedzić winiarzy, trzeba wylądować w Barcelonie. Jest ona uroczym i wartym zerknięcia miastem, położonym 100 km na północny wschód od Prioratu. Dla Prioratu przeznaczyłem niestety tylko jeden dzień (ale niedaleko padają butelki od winorośli, więc każdego wieczoru w Barcelonie zgłębiałem jego fenomen).

Znawcą apelacji Priorat i jej win możesz zostać po kilku godzinach spędzonych w internecie. O fascynujących kątach nachylenia stoków winorośli i zawartości margla w glebie przeczytasz na dziesiątkach blogów i w dziesiątkach książek. Ale nie u mnie. Nie interesuje mnie też konkurowanie z Polską Agencją Prasową: wolę dostarczyć inspiracji niż informacji.

Tak więc za pieniądze zaoszczędzone na zbędnym noclegu w „budżetowym hotelu”, kup poranny bilet z głównej stacji kolejowej Barcelona Sants do Marçà-Falset (24 euro w obie strony). Wysiadając trafisz na tani busik do samego Falset. Na końcu Falset wyskoczyłem na rozstaju dróg do dwóch najważniejszych miejsc na mapie Prioratu: Porrery i Gratallops. Słońce na horyzoncie, worek na ramieniu i ruszam krętą szosą do Gratallops, wsi liczącej 250 mieszkańców.

By kupić mleko od kozy? Nie, na umówione dwa spotkania z najlepszymi winami Hiszpanii. Najbardziej seksownymi winami Hiszpanii. Z narastającej sekscytacji wyrywa mnie hamujący samochodzik. Ha, oto seksowny cukiereczek chce mnie podwieźć tych kilka kilometrów do Gratallops. Zaczynam doceniać przemyślność angielskiej wieloznaczności czasownika „to pick up”. Cukiereczka spotkam za kilka godzin w winiarni Clos Figueras: ja jako gość, ona jako gospodyni.

Ale nie uprzedzajmy wypadków

             Bogusław Wołoszański

 

Gdy pod koniec lat 80. piątka młodych ludzi eksplorowała samochodami terenowymi powulkaniczne wertepy w celu odkupienia porzuconych lub zaniedbanych starych winorośli, Gratallops nazwali lądowaniem na księżycu. Była to wioska samych starych ludzi i wałęsających się zwierząt, a nazwa Priorat niewiele mówiła nawet miejscowym.

40 dzieci i nadal stąd uciekają? Nieaktualne

Zaczęli uprawiać własne winnice i robić wina zupełnie na odwrót względem poprzedników. Dziesięć lat później etykiety Priorat zaczęły być przez koneserów wina poszukiwane bardziej niż Rioja.

 

Południe w Clos Mogador

Elvis Presley tak by mnie nie ucieszył jak René Barbier 

Wśród tej piątki poszukiwaczy skarbów za mentora służył najstarszy i jedyny z doświadczeniem enologicznym René Barbier. Jego Clos Mogador uważa się za top Prioratu, więc nie żałowałem 35 euro na zwiedzenie winnicy, winiarni i degustację czterech win. W oczekiwaniu na dołączenie do kilkorga Amerykanów, siedziałem sam grzecznie na korytarzu, wystawiony na pokuszenie.

Małe dziecko nie ukradnie plastikowej urny z datkami na fundację Ronalda McDonalda. Sięgnie po Happy Meala ze Spidermanem. A ja jak to pacholę zerkałem na butelki starych roczników Mogadora przy wejściu do piwnicy. Wymienialiśmy się znaczącymi spojrzeniami, ale ostatecznie moje sumienie zapobiegło kradzieży. Na warszawskich degustacjach pewną grupę społeczną nazywa się torbaczami pospolitymi. Dla nich jednak jest wszystko jedno, jakie wino ściągają ze stołu. Nie chcę być torbaczem.

Pochodziliśmy po słynnych łupkach llicorella, tym stemplu win Prioratu. Grzebiąc stopą w jałowej i suchej glebie trudno wątpić, że przy letnich temperaturach 40 na nagiej skale można robić jajecznicę. Dowiedzieliśmy się, że z każdego krzaka w Clos Mogador zrywa się ledwie 200 gramów winogron (dwie, trzy kiście). Jeśli ktoś tego nie wie – to w Gratallops mieszkają bezapelacyjni (apelacyjni w rozumieniu winiarskim) rekordziści świata w wyciskaniu. Tyle że zamiast sztangi, wyciskają grona. Niektóre kiści pozostałe na krzakach, padły moim łupem. Żadne winogrona stołowe nie są tak pyszne jak niemalże listopadowa garnacha od Mogadora! Palce miałem lepkie od jej gęstego, rodzynkowego soku.

Popołudnie w Clos Figueras

Dwadzieścia lat temu sam Álvaro Palacios zachęcił w Nowym Jorku handlarza swoich win Christophera Cannana do zakupu winnic w Prioracie. Cannan kilka lat ponosił plakietkę „Jeszcze się uczę”, zanim zaczął robić wina. I to jakie!

Z jego prawą lub lewą ręką, Miquelem, spędziliśmy cztery godziny. Piliśmy wszystkie piękne wina z Figueras, dyskutowali zapamiętale o Prioracie, przyglądali się jak na wzniesieniu nieopodal wioski Palacios kończy zbiór z parceli Dofi…

Na koniec Miquel odmawia przyjęcia pieniędzy za poświęcony czas i rozlane wina. Chce mnie odwieźć na dworzec w Falset. Tego już za wiele! Ale i tak nie mam szans wrócić piechotą, by podziwiać piękno natury. Tym razem zamiast cukiereczka zatrzymuje się facet, może niezbyt seksowny, ale uczesany i pogodny.

Żałuję tylko jednego. Powinienem poszukać taniego noclegu w Gratallops lub zabrać śpiwór i mieć gwiazdy oraz pyszne grona garnachy na wyciągnięcie ręki. Drugiego dnia odwiedziłbym jeszcze ze trzech winiarzy. Ale mądry Polak po… Stop bullshitting.

Ja tu jeszcze wrócę!

Ostatnie spojrzenie

A w piątek druga część: w niej Barcelona i notki degustacyjne win Prioratu.

3 thoughts on “Pokochałem cię, Prioracie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *