Pokochałem cię, Prioracie

Zacznę nieodkrywczo: lubię odkrywać i lubię trochę polatać. I jak każdy kto trochę lata, słyszę od tych, co tylko chodzą: Zazdroszczę. A w social mediach szalenie modne jest nawet zazdraszczanie. Dlatego ten wpis może przydać się skostniałym pośladkom ułożonym w fotelu biurowym. Bo zamiana go na fotel pasażerski nigdy dotąd nie była tak łatwa. I tania.

Czy są pieniądze, czy nie / Lecę, bo chcę

Niestety za coraz bardziej demokratycznymi cenami lotów nie nadążają przewodniki turystyczne, nadal pisane dla wilków z Wall Street. Skoro do Jordanii poleciałem za sto złotych, to hotel Kempinski nad Morzem Martwym mógł mnie zainteresować – z rabatem 90 proc. Dlatego przydatne informacje znajduję w internecie u innych włóczykijów. Jeśli Winny nie zacznie pisać przewodników, to skazani będziecie na picie wina Lonely Planet, którego autorzy nawet nie byli w opisywanych przez siebie miejscach.

Parę miesięcy temu poleciałem do Barcelony za 300 złotych. Za hostel ze śniadaniem w centrum wydawałem 70 złotych za dobę. Dach nie przeciekał, zwłaszcza że w ogóle nie padało. Woda w łazienkach nie była za mokra, zwłaszcza że ciepła. Recepcjonista nie cuchnął, zwłaszcza że był kobietą. Sprawdziłem teraz w internecie krzyczące ceny „hoteli budżetowych”: dwójki już od 100 euro! Taaa, rzucam się jak na crocsy w Lidlu.

Lądowanie na księżycu

Priorat nie ma jeszcze lotniska, więc żeby odwiedzić winiarzy, trzeba wylądować w mieście Barcelona, która jest uroczym miastem, położonym 100 km na północny wschód od Prioratu. Na niego przeznaczyłem niestety tylko jeden dzień, ale niedaleko padają butelki od winorośli, więc każdego wieczoru w Barcelonie zgłębiałem fenomen Prioratu.

Znawcą apelacji Priorat i jej win możesz zostać po kilku godzinach spędzonych w internecie. O kątach nachylenia stoków winorośli i zawartości margla w glebie przeczytasz na dziesiątkach blogów i w dziesiątkach książek, ale mnie interesuje mnie konkurowanie z blogami czy Polską Agencją Prasową: wolę inspirować niż informować.

Tak więc za pieniądze zaoszczędzone na zbędnym noclegu w „budżetowym hotelu”, kup poranny bilet z głównej stacji kolejowej Barcelona Sants do Marçà-Falset (24 euro w obie strony). Wysiadając trafisz na tani busik do samego Falset. Dojechałem nim do końca tego miasteczka, wyskoczyłem na rozstaju dróg do dwóch najważniejszych miejsc na winiarskiej mapie Prioratu: Porrery i Gratallops. Słońce na horyzoncie, worek na ramieniu. Niczego więcej nie potrzebowałem, by ruszyć krętą szosą do Gratallops, wsi liczącej 250 mieszkańców.

By kupić mleko prosto od kozy? Nie, na umówione dwa spotkania z najlepszymi winami Hiszpanii. Najbardziej seksownymi winami Hiszpanii. Z narastającej sekscytacji wyrwał mnie hamujący samochodzik. Ha, oto seksowny cukiereczek chce mnie podwieźć tych kilka kilometrów do Gratallops. Zacząłem doceniać przemyślność angielskiej wieloznaczności czasownika „to pick up”. Cukiereczka spotkam za kilka godzin w winiarni Clos Figueras, okazało się, że to jej miejsce pracy.

Ale nie uprzedzajmy wypadków

             Bogusław Wołoszański

 

Gdy pod koniec lat 80. piątka wspaniałych (René Barbier, Carles Pastrana, Álvaro Palacios, José Luis Pérez i Daphne Glorian) eksplorowała samochodami terenowymi powulkaniczne wertepy w celu odkupienia porzuconych lub zaniedbanych starych winorośli, nazwali Gratallops lądowaniem na księżycu. Była to wioska samych starych ludzi i wałęsających się zwierząt, a nazwa Priorat niewiele mówiła nawet miejscowym.

40 dzieci i nadal stąd uciekają? Nieaktualne

Zaczęli uprawiać własne winnice i robić wina zupełnie inaczej niż poprzednicy. Doceniać porzucone bardzo stare krzewy, kochać ich łupkowe podłoże, troszczyć się o jakość gron, zmniejszać zbiory dla uzyskania większej koncentracji, dbać o higienę w winiarni. Dziesięć lat później etykiety Priorat zaczęły być przez koneserów wina poszukiwane bardziej niż Rioja.

 

Clos Mogador: najpyszniejsze winogrona na świecie?

Elvis Presley by tak nie ucieszył jak René Barbier

Wśród tej piątki poszukiwaczy skarbów rolę mentora odegrał René Barbier, który jako jedyny miał doświadczenie enologiczne. Jego Clos Mogador uważa się za czołówkę Prioratu, więc nie żałowałem 35 euro na zwiedzenie winnicy, winiarni i degustację czterech win. Oczekując na grupkę Amerykanów, do których miałem dołączyć, siedziałem sam grzecznie na korytarzu, wystawiony na pokuszenie.

Zerkałem na butelki starych roczników Mogadora przy wejściu do piwnicy. Wymienialiśmy się znaczącymi spojrzeniami, ale ostatecznie moje sumienie zapobiegło kradzieży. Czułem się jak małe dziecko, które nie zwinęłoby plastikowej urny z datkami na fundację Ronalda McDonalda, ale sięgnęło po coś, co ma dla niego wartość – Happy Meala ze Spidermanem. Na warszawskich degustacjach pewną grupę społeczną nazywa się torbaczami pospolitymi. Dla nich jednak jest wszystko jedno, jakie wino ściągają ze stołu. Nie chcę być torbaczem. Stare Mogadory wypije ktoś inny.

Potem chodziliśmy po słynnych łupkach llicorella, tym stemplu win Prioratu. Grzebiąc stopą w jałowej i suchej glebie trudno wątpić, że przy letnich temperaturach 40  można smażyć jajecznicę na nagiej skale.  W Gratallops mieszkają bezapelacyjni (apelacyjni w rozumieniu winiarskim) rekordziści świata w wyciskaniu. Tyle że zamiast sztangi, wyciskają grona. I zamiast najwięcej, wyciskają najmniej. Na przykład z każdego krzaka w Clos Mogador zrywa się ledwie 200 gramów winogron, czyli dwie, trzy kiście.

Niektóre z nich, pozostawione na krzakach, wylądowały w moich ustach. Żadne winogrona stołowe nie są tak pyszne jak listopadowa garnacha od Mogadora! Palce miałem lepkie od jej gęstego, rodzynkowego soku. I chyba wtedy sobie to cicho powiedziałem: Pokochałem cię, Prioracie…

Clos Figueras: szczodrzy ludzie, szczodre wina

Dwadzieścia lat temu drugi najsłynniejszy obok Barbiera winiarz Prioratu – Álvaro Palacios – zachęcił w Nowym Jorku handlarza swoich win Christophera Cannana do zakupu winnic w Prioracie. Cannan przez kilka lat nosił plakietkę „Jeszcze się uczę”, zanim zaczął robić wina. I to jakie!

Z jego prawą lub lewą ręką, Miquelem, spędziliśmy cztery godziny. Piliśmy wszystkie piękne wina z Figueras, dyskutowali zapamiętale o Prioracie, przyglądali się jak na wzniesieniu nieopodal wioski Palacios kończy zbiór z parceli Dofi…

Na koniec Miquel odmówił przyjęcia pieniędzy za poświęcony czas oraz rozlane wina i chciał odwieźć mnie na dworzec w Falset. Tej gościnności już było za wiele! Nie zawsze umiem przyjąć jej nadmiar… Ale i tak nie miałem szans podziwiać naturę i wrócić piechotą. Tym razem zamiast cukiereczka zatrzymał się facet, może mniej seksowny, ale uczesany i pogodny.

Żałuję tylko jednego. Powinienem poszukać taniego noclegu w Gratallops lub zabrać śpiwór i mieć gwiazdy oraz pyszne grona garnachy na wyciągnięcie ręki. Drugiego dnia odwiedziłbym jeszcze ze trzech winiarzy.

Ale ja tu jeszcze wrócę!

Ostatnie spojrzenie

 

6 thoughts on “Pokochałem cię, Prioracie

      1. Zgadzam się – lepiej 150 na wino i 50 za łóżko 🙂 Choć są tacy, których stać i na to i na to 150. Fajny wpis, przeczytałam od deski do deski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *