Rocznik 2018 – udany, 2019 – rocznik stulecia

Piszę, więc jestem. I piję, więc jestem. Rok temu to nie było takie oczywiste. 2018 był doskonały w Bordeaux czy Szampanii. Mój rok 2018 był zaledwie udany, choć dobre samopoczucie nie całkiem znajduje pokrycie w faktach.

Połowę roku 2018 przetrwałem zupełnie bez wina i bez pisania o nim. Prawie cały rok egzystowałem bez seksu. W czerwcu przeżyłem upokorzenie przez Orły Nawałki. Kilka razy wylał mi się w tylnej kieszeni spodni tusz od długopisu. Skończyłem też związek, który miał trwać do końca świata i jeden dzień dłużej (ten zwrot jest chyba nieopatentowany?).

Szczęścia, zdrowia, pomyślności

W okresie bożonarodzeniowym i noworocznym tradycyjnie wysłuchałem ogromu życzeń. Przez dwa tygodnie język mnie bolał od powtarzania „Wzajemnie”. Gdy język wydobrzał, w połowie stycznia ubiegłego roku otworzyłem kopertę z wynikiem gastroskopii: złośliwy nowotwór żołądka, typ rozlany w klasyfikacji Laurena. Wiara w sprawczość życzeń noworocznych została znacznie podkopana.

Konfucjusz napisał, że mamy dwa życia, to drugie zaczynamy orientując się, że życie jest tylko jedno. Co zrobił(a)byś wiedząc, że zostało go pięć lat? Rok? Tydzień? Według statystyk mojego zostało dziewięć miesięcy, czyli tyle, ile kiedyś planowałem nowe życie tworzyć. Powinienem być martwy od trzech miesięcy, ale trupy nie wchodzą na Etnę…

Pewnie mógłbyś/mogłabyś podsumować mój 2018 jednym słowem, takim samym jak nazwa starej punkowej kapeli ze Świdnika: Przejebane. Albo sformułować to z większą troską, niczym dyrektor domu kultury, w którym Przejebane zagrało w latach 80. koncert: plakaty zapowiadały występ zespołu Nie Jest Dobrze.

Cóż, oczywiście mogłoby być lepiej, ale nawet po otwarciu koperty z diagnozą nie zasztyletowałem recepcjonistki, która wieść wręczyła. Bo przecież ja tylko dostałem czytelny sygnał od swojego ciała, że kiedyś stało się coś niezbyt sympatycznego i że wobec tego muszę działać. Nawet przez chwilę nie wpadłem w depresję (ach, w grudniu godzinę byłem w depresji, na powierzchni Morza Martwego, 430 m p.p.m.). Wszystkie przeczytane naukowe teorie o genealogii lokatora mojego żołądka nadawały się do kosza. Natomiast żadna lekarska kartoteka pacjentów onkologicznych nie wspominała nic o trudnych przeżyciach psychicznych. Widocznie żadne pokrojone ciało pacjenta nawet pod lupą nie wykryło duszy. A ja wierzyłem, że składam się nie tylko z wody i komórek. Z tej wiary wypłynął logiczny wniosek: wylecz to, co było przyczyną zachorowania. Rany nie wystarczy opatrzyć, najpierw trzeba ją oczyścić. Opatrunkiem było osiemnaście chemioterapii w przeciągu dziewięciu miesięcy, oczyszczeniem praca mentalna nad przyczyną (w moim przypadku zdradą partnerki) i zapobieganiem.

Federalna rezerwa szczęścia

Amerykanie w Fort Knox zakopali ileś tysięcy ton złota, która zabezpiecza ich przed nieoczekiwaną katastrofą. Nic nie wiem o zasobach złota w moim mieszkaniu, zresztą przejawiam dość przedmiotowy stosunek do przedmiotów (wino to nie przedmiot!) – za to emocjonalny na przykład do kobiet czy różnorodności świata. I w ostatnich latach zacząłem lepiej odczuwać to, o czym od dawna słyszałem: szczęście wypływa z wnętrza siebie samego. Im większe rezerwy tego szczęścia, tym lepsze zabezpieczenie przed nieoczekiwaną katastrofą. Jak w Fort Knox.

Byłem chory i tego początkowo nie wiedziałem. To jest możliwe. Ale nie jest możliwe być szczęśliwym i tego nie wiedzieć. Taki stan duszy i umysłu nie potrzebuje bycia na nieustannym haju, ale wymaga zadowolenia z siebie samego. I to są moje sztaby złota. Dlatego rok 2018 nie był apokalipsą. Był udany i pouczający.

 

Synek farmera wybiega ze stodoły, krzycząc: „Tato, tato, nasz parobek jest na strychu z mamą, ściągnął spodnie, a mama spódnicę, chyba chcą sikać na siano!”. „Wszystko się zgadza, ale wyciągnąłeś złe wnioski, synu” – spokojnie odparł ojciec.

Przez pół roku byłem synkiem farmera. W ówczesnym związku damsko-męskim zabrakło mi tego samego, czego brakuje po drugiej butelce wina facetowi, który przystawia się do Krystyny Pawłowicz – trzeźwości osądu. Po prostu wypierałem ze świadomości fakt, że diagnoza lekarska zmieniła podejście narzeczonej do mnie i stałem się mniej wartościowy. Nie trafiłem nigdy na kobietę, której czyny tak bardzo by się brzydziły głoszonych przez nią zasad etycznych. Nietolerancją wykazałem się dopiero po odkryciu jej aktywności na portalu randkowym – jako singielki skłonnej poznać biznesmena znad morza, któremu pomogłaby prowadzić interes (za aktywa zaoszczędzone dzięki mnie). To była niezwykła narzeczono-singielka – ze stosem certyfikatów szkoleń z rozwoju osobistego, regałem pełnym poradników o miłości, planująca napisać bestseller pod tytułem „Ten ma rację, kto buduje relację”. Uzbierałem wystarczająco dużo materiału tragikomicznego, więc decyzja o zamknięciu drzwi (dosłownie i w przenośni) zajęła mi jakieś pół minuty. Losy książki i narzeczonej-singielki są mi nieznane. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, niech mi nie mówi.

Żeby mieć to, czego się chce, trzeba mieć odwagę porzucić to, czego się nie chce. Ale warto przyjąć z uwagą, szacunkiem i zrozumieniem wszystko, co złego dostało się od życia. A skoro ja sam nie podążałem przez życie wyłącznie ścieżką prawa i sprawiedliwości – jestem już z życiem kwita. Zrozumienie tego pomogło wkroczyć mi w rok 2019 z tą kobietą, której szukałem.

Wkroczyłem w ten rok zamyślony w warszawskim wine barze Winsky. Migawka aparatu chyba uchwyciła moment rozważania zasadności dopłacania za podstawowego szampana Deutza względem Charpentiera ukrytego pod auchanowską marką Veuve Clessé Premier Cru. Deutz to jeden z regularniejszych szampanów nierocznikowych wśród dużych marek, jest zbalansowany, dość pełny i kremowy, o łagodnym smaku cytrusów i biszkoptów, zapachach brioszki, maślanego popcornu, dojrzałych jabłek, grillowanego chleba. Ten Veuve Clessé nie jest tak wielowymiarowy, gra na prostszych nutach świeżych zielonych jabłek, ale zawiera przyjemnie nieznośną lekkość bytu i niezłą strukturę. Oba są smaczne, choć zdecydowanie mniej od kobiety ze zdjęcia.

W nowym roku postanawiam…

Nie postanawiać za dużo. Nie popędzać umysłu ani ciała i utrzymać komfortowy dla siebie rytm życia. Zamiast spisywać cele życiowe, być otwartym na to, co życie przyniesie. Ale nie odkładać na później lepszych win. Ani tym bardziej nie odkładać miłości. Pisać znacznie więcej niż w 2018, skoro zalążków tekstów naszkicowałem na cały rok. Nieco więcej pracować w branży, bo organizm jest sprawny. Tak, 2019 jest i będzie wspaniałym rocznikiem.

A tak poza tym, trochę bawi mnie fenomen postanowień noworocznych czy raczej cykliczność tych postanowień u wielu ludzi. Styczniowe rzucania papierosów i odchudzania. Lutowe wnioski, że przecież jeszcze jeden rok palenia nie wywoła raka, a rok otyłości nie spowoduje zawału. A ja w 2019 roku życzę Ci… O nie, moje życzenia gówno zmienią, sam(a) sobie wszystko przemyśl. Do następnego przeczytania niebawem!

12 thoughts on “Rocznik 2018 – udany, 2019 – rocznik stulecia

  1. Wypieprzyć w kosmos ten bezmiar nudnej do porzygania, winnej bazgraniny, a Ciebie Człowieku klonować i zmuszać do pisania.!
    Dzięki.

    1. Przeczytałem pierwsze słowo i zląkłem się, że chcesz mi to zrobić. Ok, będę pisał prawie jak Orzeszkowa.

  2. Hmmm… chyba dzisiaj sięgnę po moje chomikowane w winiarce LeFleur Petrus Pomerol z 1970… chyba masz rację, ze nie ma co odkładać dobrych win na później.

    1. Lepsze ono już nie będzie, a to nie był jakiś wybitny rok.
      Jeśli masz ochotę i nastrój, to pij.
      Chętnie poznam wrażenia, bo Pomerole znam tylko z niższego przedziału cenowego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *