No Woman No Car One Cat

Wbrew pozorom ten wpis nie będzie pamfletem na prezesa, po prostu znalazłem wreszcie u nas punkty wspólne. Podobno społeczeństwo ma niebawem dokonać ważnych wyborów i dać głos. Gdybyście swojemu psu zezwolili zaszczekać raz na cztery lata, miałby pełne prawo powołać się na łamanie podstawowych praw obywatelskich, naruszenie jakichś psich konwencji helsińskich czy genewskich. Dlatego ja wolę wybrać wino, przynajmniej wiem, że zrobię dobrze albo niedobrze wyłącznie sobie.

Ale ja chcę o kocie, a nie o psie. W stosunku do poprzedniego wpisu http://winny.com.pl/2018/08/23/no-woman-no-car/zaszła jedna dobra zmiana, otóż zmienił się mój status posiadania. Na kobietę ani na auto jeszcze się nie zdecydowałem, wybrałem za to rozwiązanie bardziej na miarę obecnych możliwości finansowych. Wiem, że bywają różne koty, ale zasadniczo ich koszty utrzymania są w zasięgu przeciętnego mieszkańca warszawskich Bielan. Do samochodu nadal się nie przekonałem, za to kilka tygodni temu udałem się do schroniska po kota. Blach kot na pewno nie miał przebitych (rok produkcji ewidentnie 2018), za to silnik wcale nie był w tak doskonałym stanie jak zapewniano, co skutkowało serią bolesnych (dla kota fizycznie, dla mnie gotówkowo) przeglądów w warsztacie.

Przy okazji porada dla samotnych mężczyzn. Jeśli czujesz blokadę, by zapytać upatrzonej pani na ulicy „Przepraszam, którędy na Mokotów?”, spraw sobie małego kota. Dwadzieścia lat łażę po Warszawie i nie pamiętam, żeby kobiety do mnie się uśmiechały. A do kota, owszem. Kurwa, może one chciałyby wyjść za kota??? Za Tomasza Kota to na pewno, zwłaszcza po „Zimnej Wojnie”, zresztą polecam, film klasy burgunda grand cru. W zasadzie z płci odmiennej nie wyłapywałem tylko spojrzeń tych młodszych dziewcząt, ale wiadomo, one już z macic na świat wypłynęły ze smartfonami w dłoni i dopóki moja kocica nie rzuci się na nie z pazurami, to pozostanę na ulicy dla nich przezroczysty.


A teraz będzie o tym, dlaczego Winny poświęca pół wpisu małemu kotu. Otóż jest to mój drobny wkład w walkę z rasizmem, ludzkim i nieludzkim.

Kilka moich rozmów w ostatnich tygodniach wyglądało mniej więcej tak:

– O, masz kota, a jakiego?

– Czarnego.

– No tak, ale jaka rasa?

– Nie jestem rasistą. Czarnuch jest tak samo dobry jak białas i żółtek.

W ogóle nie rozumiem i nie chcę rozumieć, że jeden kot jest za bezcen, a inny bezcenny. Walcie się, kocie snoby.

 

                                               Jedna rasa – kocia rasa

Wczoraj dostałem od Facebooka upomnienie o treści „Napisz post, aby utrzymać zainteresowanie odbiorców”. Z pewną taką nieśmiałością i zawstydzeniem chciałem Facebookowi wytłumaczyć, że moja abstynencja pisarska w tym roku korelowała się z umiarkowaniem w piciu i aktualnie nie mam pomysłu na coś świeżego. Pomysł jednak przyszedł, ale jak wpleść w temat wino, jakie dobrać do małego czarnego kota, sommelierzy świata nigdy nie pisali o takim food pairingu.

Znowu dylemat, podrapałem się po jajach i postawiłem na włoskie aglianico, o którym słynny profesor enologii Denis Dubourdieu twierdził, że spośród współczesnych jest szczepem o najdłuższej udokumentowanej historii. Najlepsze rezultaty daje na czarnych (jak mój kot) glebach wulkanicznych Wezuwiusza w Kampanii i Monte Vulture w regionie Basilicata (znów ten kot!). Prawie cała światowa produkcja win z aglianico dotyczy tych dwóch regionów, choć od niedawna Australijczycy i Kalifornijczycy sadzą go namiętnie, ale oni akurat namiętnie podkradają chyba wszystkie endemiczne szczepy Europy.

Na tych smolistych, spopielałych glebach dojrzewają wyjątkowo ciemne wina z garbnikami ostrymi jak pazury mojej małej czarnuli, najpyszniejsze po co najmniej kilku latach okazania im cierpliwości. Cztery aglianico od czołowych producentów trafiły jakiś czas temu do moich kieliszków.

CANTINA DEL NOTAIO – „La Firma Aglianico del Vulture 2005”

Bardzo ciemna barwa. Nos: dojrzałe czerwone owoce, dym, sos sojowy, dębina, gorzka kawa. Usta: suszone ciemne śliwki, dym, dębina, dość pełne, nieduża kwasowość, trochę sycącego cukru, tanina długo trzyma w uścisku i wydłuża finisz. Dobre, ale schyłkowe w wieku i wypicie całej butelki zaczynało nudzić… Ciekawostka, w Basilikacie robi się też wina białe z aglianico.

Ocena: 86 p. Cena: 85 zł. (101 Win)

VILLA MATILDE – „Falerno del Massico 2011”

Wino Falernum było legendą imperium rzymskiego, w Pompejach cztery razy droższym od pozostałych win, takim Petrusem starożytności. I już wtedy najlepsze wina leżakowano, Falernum władcy odkładali do bachiczno-erotycznych uczt na 15-20 lat. Falernum były niemal wyłącznie słodkie, a wg przekazów Pliniusza Starszego najlepsze uprawiano na topolach i wiązach.

Łagodny zapach pieczonych owoców, przypraw i smoły. Usta nieco powidłowe, z gładkimi taninami, smaczne. Śmiałe, całkiem mocne, południowe. Słodkie pieczone śliwki w finiszu, podbite lasem i asfaltem.

Ocena: 87 p. Cena: 65 zł. (zakupione we Włoszech)

BENITO FERRARA – „Irpinia Aglianico 2011”

Bogate aromaty beczkowe! Skóra, dużo przypraw i ziół (pieprz, ziele angielskie, anyż), ognisko, pomarańcze. W smaku śliwkowe, pełne i potężne, z drobną dobrą taniną. Miła niespodzianka.

Ocena: 89 p. Cena: 40 zł. (Starwines, wyprzedaż)

SALVATORE MOLETTIERI – „Irpinia Aglianico Cinque Querce 2007”

Nota degustacyjna zagubiona, hehe. Pamiętam tylko, że oczekiwałem po Molettierim nieco więcej.

 

PS W najbliższy wtorek 25 września zajrzyjcie na mojego bloga, jeśli chcecie poczytać o Festiwalu Wina w Auchan, będą rekomendacje.

6 thoughts on “No Woman No Car One Cat

  1. A ja w środę otworzyłem Justin Vineyards & Winery Cabernet Sauvignon 2001, Paso Robles, kupione za 25 Euro ( czyli ok 110zł) regularny cab od doskonałego producenta ze Środkowego Wybrzeża Kalifornii, chociaż to wino było wyprodukowane do szybkiej konsumpcji ( do dłuższego dojrzewania przeznaczone są zestawy Isosceles i Isosceles Reserve) to pomimo 17 lat ( fakt że przechowywane w idealnych warunkach przez kilkanaście lat u niemieckiego importera) zachowało się fantastycznie! to jest miła niespodzianka, chociaż liczyłem się z tym że zostanę mile zaskoczony bo jednak zaryzykowałem kupno parę miesięcy temu 😉 Pomógł genialny rocznik 2001 w Kalifornii a także nadzwyczajne możliwości cabernet sauvinon do dojrzewania no i bardzo dobry producent. Moją notkę znajdziesz na http://www.cellartracker.com.

      1. W sensie skojarzeń Phelps-patelnia ? 😉
        skojarzyła mi się twoja notka na temat przejrzałego Cantina del Notaio 2005 z tym Justinem i dlatego o nim wspomniałem, tylko że cabernet z Paso Robles wytrzymał 17 lat i jeszcze się doskonale trzyma.
        Od Phelpsa nic nie mam, może za to jutro do obiadu otworzę chardonnay od Brewer-Clifton, mam nadzieje, że będzie bomba. Jeśli tak to dokładna recenzja będzie u mnie na blogu.
        Też tak masz, że jak masz duże oczekiwania, że jakieś wino będzie rewelacyjne to często się rozczarowujesz a jeśli masz małe oczekiwania to jesteś na maksa pozytywnie zaskoczony?

        1. Jasne, że poziom zadowolenie zależy też od oczekiwań. Niestety mam za dużo win i czasem z piwnicy wyciągam coś nieco za późno, vide to aglianico.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *