All you need is love

Potrafię żyć bez muzyki Beatlesów, tak jak bez butelki hiszpańskiego pedro ximeneza. Co prawda jego lepka słodycz daje mi pewną przyjemność, ale to słodki mozelski riesling wrzuca na huśtawkę nastrojów, uwodząc równocześnie miodem i cytryną. W udanym związku też nie tylko miodek spija się z dzióbków – ale dzisiaj nie będzie nic o seksie.

Wracając do brytyjskiego popu: wolę Chumbawambę, która słodząc linearnie gryzie bezkompromisowym anarcho-przekazem. W tym tygodniu jednak nie bez powodu napakowałem się solidną porcją bitelsowskiej muzyki.

 

Niektóre piosenki są bardziej nieśmiertelne od nas wszystkich – pomyślałem, bujając się i nucąc po swojemu All you need is love … and a nice merlot. Poddając się temu rytmowi chórków, tamburynów i trąbek, otwierając bezpretensjonalnego merlota w cenie dwóch biletów do kina, by obejrzeć na kanapie niezobowiązującą historyjkę miłosną. Niech ten merlot wieczorową zimową porą przypomni zapach ciemnych śliwek i rozbudzi świąteczny apetyt na dobrze przyprawionego piernika z powidłami. A może sięgnąć też na półkę po „Buszującego w zbożu”:

„Przeniosłem się myślami gdzie indziej. Mieszkam w Nowym Jorku i przypomniałem sobie o jeziorku w Central Parku, w południowej części. Zacząłem się zastanawiać, czy będzie jeszcze zamarznięte, kiedy wrócę do domu, a jeśli tak, to gdzie podziały się kaczki. Ciekaw byłem, czy ktoś przyjeżdża po nie ciężarówką i zabiera je do zoo czy gdzieś indziej. Czy gdzieś odlatują”.

„Był poniedziałek, nadchodziły święta, i we wszystkich sklepach panował ruch. Całkiem przyjemnie szło się Piątą Aleją. Było nawet świątecznie. Na co drugim rogu stał brodaty święty Mikołaj i wymachiwał dzwonkiem, dzwoniły też dziewczyny z Armii Zbawienia, te, co to się nie malują ani nic. Żałowałem, że nie ma wśród nich Phoebe. Nie jest już taka mała, żeby oszaleć ze szczęścia w dziale zabawek, ale lubi się wygłupiać i przyglądać ludziom. W poprzednim roku przed świętami zabrałem ją ze sobą na zakupy. To było chyba u Bloomingdale’a. Poszliśmy do działu obuwniczego i udawaliśmy, że mała Phoebe chce kupić buty zimowe, z tych sznurowanych wysoko, z milionem dziurek. Doprowadzaliśmy biednego sprzedawcę do szału. Phoebe przymierzyła chyba ze dwadzieścia par i za każdym razem biedak musiał sznurować je do samego końca. Był to podły numer, ale Phoebe ubawiła się po pachy. Na koniec zażyczyliśmy sobie mokasyny i kupiliśmy je”.

 

Ciotka Lennona: „Gitara jest dobra jako hobby, ale nigdy nie da ci utrzymania”

 

Czy Beatlesi mogliby w ogóle nie powstać i nie stworzyć tylu hitów? Czy John i Paul spotykając się pierwszy raz w niepozornym mieszczańskim ogródku 6 lipca 1957 roku spodziewali się, że zostaną najsłynniejszym duetem kompozytorów muzyki poprockowej w historii? Na pewno nie, choć na pewno wierzyli w swój talent bardziej niż wychowująca Lennona ciotka. Czyli dzieci nie zawsze powinny słuchać rodziców i opiekunów.

Z Wielkiej Czwórki to Lennona cenię najbardziej, za najpokaźniejsze IQ i zaangażowanie społeczne. No i za ironię.

– Jak znaleźliście się w Ameryce?

– Skręciliśmy za Grenlandią.

Koncert w Royal Variety Show, pierwsze rzędy zdominowane przez arystokratki:

„Na tańszych krzesłach klaszczcie. Reszta może po prostu grzechotać biżuterią”.

Teraz chwilowa zmiana klimatu. Ile może kosztować na aukcji butelka niezłego wina? Oszacować nic trudnego, podaj tylko nazwę wina i rocznik. Ale zastanów się, czy na pewno dość renomowane châteauneuf-du-pape zawsze kosztuje 50-100 euro? A jeśli wyciągnął je ze swojej piwnicy Alain Delon lub François Mitterand? Za butelki z autografem aktora czy dedykacją dla byłego prezydenta Francji licytowano dziesięciokrotność nominalnych kwot za wina. To i tak niewiele w porównaniu z winami z domniemanej kolekcji Thomasa Jeffersona. Czasem historia i opowieść jest znacznie cenniejsza od samego przedmiotu.

Mokra robota na mieście

Czasem opowiadam, co ostatnio piłem na mieście. Nie każdą mokrą robotą chcę się pochwalić, bo z kolejnymi hektolitrami poprzeczka wewnętrznych wymagań się podnosi. Również w ostatnim tygodniu byłem, piłem i nie pisałem. A ten wpis miał ukazać się równo tydzień temu – lenistwo i opieszałość, jestem Winny…

Dwieście metrów od jeziorka w Central Parku, którego kaczkami interesował się buszujący po Nowym Jorku bohater powieści Salingera, stoi imponująca kamienica. Zbliżała się dwudziesta trzecia, ruch uliczny przy 72 Ulicy zamierał, gdy pod budynek podjechała limuzyna. Kobieta wysiadła pierwsza i zniknęła w półmroku przejścia prowadzącego do wewnętrznego dziedzińca. Jej towarzysz wchodzi za nią uchyloną zdobioną żeliwną bramą wejściową pod łukowym sklepieniem. W tym momencie słyszy za sobą pytanie:

– Pan Lennon?

Zapewne nie zdąża zauważyć, gdy pytający upuszcza na trotuar egzemplarz „Buszującego w zbożu” i wyciąga z płaszcza rewolwer.

Morderstwo ma oblicze młodego, pulchnego cherubinka ubranego w jesienną kurtkę – te grudniowe dni były całkiem ciepłe, bez deszczu, bez śniegu. Kilka godzin wcześniej w tym samym miejscu ich drogi zeszły się po raz pierwszy.

Ktoś najpierw dostał autograf, ktoś potem dostał kule…

He said: I just shot John Lennon

Moją ulubioną piosenką Lennona jest ta o Lennonie. Dolores O’Riordan z Cranberries, beznamiętnie i emocjonalnie zarazem, w dwóch i pół minutach kondensuje różnicę między niebem a piekłem. Mniej więcej tyle czasu minęło też od oddanych strzałów do przyjazdu policji. Pięciu strzałów, które kończą życie Lennona i kończą tę piosenkę. Ile jego piosenek nie powstało przez specyficznego fana Beatlesów? Czy tracący z wiekiem twórczą motywację Lennon zaśpiewałby jeszcze coś tak ponadczasowego jak „Imagine”? Już się tego nie dowiemy, choć niektórzy ludzie powinni dostawać bonusowo drugie życie za czynienie świata piękniejszym…

Kilka akapitów wyżej wspomniałem o winach, którym wartości dodają historie ich posiadaczy. Pamiętasz zdjęcie pistoletu pod nagłówkiem tego tekstu? To obowiązkowy rekwizyt każdego kryminału – Smith&Wesson, kaliber 38, którego za pięćset dolców kupisz w Ameryce łatwiej niż pigułkę antykoncepcyjną po. Akurat ten S&W kosztowałby znacznie, znacznie więcej, gdyby pistolety można było kupować na aukcjach. Dobrze, że takie pamiątki nie są na sprzedaż.

Spójrz też na tę okładkę płyty:

Yoko Ono zrobiła zdjęcie dwóch przedmiotów na ulubionym parapecie Lennona w apartamencie Dakoty po jego śmierci. Czy ono wymaga dodatkowych wyjaśnień?

 

Czy wiesz, że…?

• Mieszkańcami nowojorskiej kamienicy Dakota są Yoko Ono, pisarz Harlan Coben, piosenkarka Roberta Flack. Mieszkali również: aktor Boris Karloff (Frankenstein), aktorki Judy Garland czy Lauren Bacall (zmarła tutaj w 2014).

• Budynek Dakoty możemy oglądać od zewnątrz w „Dziecku Rosemary” Polańskiego.

• John Lennon pozostał w Nowym Jorku. Yoko Ono rozsypała jego prochy w Central Parku.

• Caberlot – taką nazwę nosi krzyżówka merlota i cabernet franc, jest uprawiany na zaledwie 3 ha przez jednego producenta w Toskanii.

Dakota i Central Park, koniec XIX wieku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *