90 punktów – niezłe winko czy kawał wina? Odcinek 3

Czy wyobrażasz sobie dyskutowanie o wyższej jakości współczesnego malarstwa nad renesansowym? Zapewne nie: przecież to obrazy Michała Anioła i Velázqueza znajdują się w podróżniczej rubryce „must see”. A co z Ritą Ackermann czy Jeffem Koonsem, którzy należą do najwyżej cenionych współczesnych malarzy? Nie tylko ja o nich nie słyszałem… Być może są wspaniali w swoim zawodzie, ale to do fresków Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej pielgrzymują narody. A przecież Michał Anioł nie umiałby zapłacić kartą kredytową za wstęp do niej. Nie umiałby nawet włączyć komputera, w przeciwieństwie do dzisiejszego ośmiolatka. Czyli technologiczno-informatyczne ubóstwo renesansu nie przeszkadzało w tworzeniu sztuki, dla obejrzenia której przemierzamy pół Europy. 

Kilkukrotnie nawiązałem do malarstwa w kontekście oceniania i punktowania win. W tym przypadku zmierzam do tego, że o ile nie podważa się jakości sztuki poprzednich epok to ówczesne wino miało po prostu upić i nie zatruć śmiertelnie. Gdyby nasze podniebienia mogłyby skosztować win z okresu renesansu to zapewne wybralibyśmy współczesne wyroby regionalne typu „Czar teściowej” i „Uśmiech traktorzysty”. Nie cofając się aż do renesansu – nawet większość bordeaux z okresu rządów de Gaulle’a nie miałoby szans z Mouton Cadet, dzisiejszym marketowym bordeaux dla mas.

No ale w latach 60. nie oceniano win w odniesieniu do ich dzisiejszej jakości, tak samo jak nie oceniano Forda Mustanga w odniesieniu do dzisiejszego Bugatti Veyrona. Telewizor kineskopowy był luksusowy, bo nie znano plazmowych, itd.  Tymczasem średnia statystyczna publikowanych ocen win w XXI wieku rośnie: przykładowo w prestiżowym Wine Spectator w całym roku 2000 średnia wynosiła niecałe 86 w skali do 100, gdy w 2014 już troszkę ponad 90 punktów. Tę tendencję można wytłumaczyć ogólnym wzrostem jakości win. Ale jest też inny powód…

Ryba rośnie wędkarzowi w oczach, a wino krytykowi w ustach

Mechanizm rosnących ocen punktowych win tak naprawdę jest łatwy do zrozumienia, ale wyjaśnię go szpadlologicznie. Wyobraź sobie, że jako krytyk winiarski dostajesz wino do oceny. Opisujesz je i posługując się konkretną skalą ocen, podsumowujesz je rzetelnie jako dobre wino na 88 punktów. To samo wino trafiło do trzech innych ekspertów, którym również smakowało, w tym jednemu nieco lepiej i ten dał notę 91. Następnie producent na pozostałej mu partii wina nakleił ocenę krytyka. Jak myślisz, czy zamieścił twoje nazwisko z oceną 88 czy nazwisko eksperta od oceny 91? Kto mu daje wiekszą szansę na szybką sprzedaż? Właściciele sklepów internetowych też skorzystają z oceny 91. Nazwisko cytowanego krytyka pojawia się tu i tam. Rozpoznawalność  nazwiska w każdej branży daje chleb (i wino). To wyobraź sobie teraz krytyka, który krzyczy: „To jest wino na 100 punktów!”

 

Sukces (nie tylko dobrego wina) ma wielu ojców, a własne nazwisko w piśmie łechcze nasze ego…

Samo wino staje się liczbą 100, tracąc równocześnie swoje swoje cechy pierwotne. I w ten oto sposób subiektywne wrażenia wpływowego krytyka tworzą nowy byt o wartości obiektywnej 100.

Inflacja punktów

Dla mnie wino 85-punktowe było, jest i będzie dobre. 95-punktowe było, jest i będzie znakomitym. Piłem sporo win hojnie szacowanych przez znane nazwiska na 95 punktów. Najczęściej były winami po prostu bardzo dobrymi. Były jak pokój w dwugwiazdkowym hotelu. Ale jeśli na następną noc przeniesiemy się do Burj al-Arab w Dubaju to zabraknie nam skali porównawczej, prawda? Wpływowy brytyjski bloger Jamie Goode nazwał to zjawisko inflacją punktów. A Master of Wine Tim Atkin napisał: „Świat zapewne nie potrzebuje dużo więcej not degustacyjnych. Rywalizacja skutkuje ogromną ilością publikowanych recenzji i świrów punktowych. Jak narkoman, który do stanu euforii potrzebuje ciągłego zwiększania dawki, konsumenci punktów potrzebują coraz wyższych ocen punktowych. Teraz limitem jest 100. Niebawem zostanie on osiągnięty, do stanu, gdy wina będą oceniane na dwójkowej skali: 99 (nieudane), 100 (udane).”

Ja sam mam wrażenie, że dzisiaj niektórzy eksperci potrafią pisać pozytywnie wręcz o każdym winie, a gdy wystawiają umiarkowaną ocenę to wysyłają komunikat o jakiejś wadzie wina. Niby próbują tysięcy win rocznie, ale ostrzeżenia przed słabymi (poniżej 75/100) znajdziemy głównie w bardzo archiwalnych rocznikach magazynów o winach. Tyle, że te niezbyt już wtedy pijalne wina, po tylu latach przydadzą się tylko jako trutka na szczury.

Hojność wystawianych ocen przez jednych działa spiralowo na innych, zwłaszcza, że czytelnicy wolą czytać o winach z wysoką oceną niż niską. W Hiszpanii inflacja szaleje w magazynie Guia Repsol. Australijczyk James Halliday napisał poważną i dobrą książkę o winach ze swojego kraju, ale gdyby wydawca poprosił go o album „Moje najlepsze australijskie wina poniżej 90 punktów” to wyglądałby on podobnie do:

Wszystko co mężczyźni wiedzą o kobietach?

Jak duża różnica jest w winie za 89 i 90 punktów?

Tak naprawdę minimalna, ale większość ludzi cierpi na krótkowzroczność mózgową, widząc tylko pierwszą cyfrę. To dla nich książki kosztują 49,99, chociaż żaden rząd niestety nie ułatwi im życia taką monetą:

Chwila zawahania uznanego krytyka win przyznającego 89 lub 90 punktów jest dużo ważniejsza dla sprzedaży wina niż różnica w cenie książki między 49,99 a 50 złotych. Dlatego pewien winiarz argentyński zrugał eksperta za „marne” 89 punktów dla swojego wina. Może też dlatego wspomniany Halliday boi się wystawiać winom ocen poniżej 90 punktów, które producent musiałby ukrywać jak łuszczycę skóry na proszonym przyjęciu u Rothschildów.

W takim razie po co winu są cyfry?

Krytykuję krytyków za inflację, ale przecież sam używam tej skali oceniania win. Dlaczego? Z tych samych powodów, dla których wina punktują więksi ode mnie znawcy, pozostający jednocześnie sceptykami ocen. Wypunktuję zalety punktów:

  • używając punktów łatwiej porównać grupę win testowanych jednocześnie, bo nawet dyletantowi jest łatwo wybrać subiektywnie lepsze wino,
  • oceny numeryczne są czytelne dla odbiorcy. Nie każdy pijący wina rozumie określenia „wino dobrze zbudowane” czy „drobnoziarniste garbniki”, ale każdy rozumie różnicę między 85 (dobre), 90 (bardzo dobre) a 95 (znakomite),
  • punkty są punktem odniesienia do innych win, degustowanych kiedy indziej,
  • są wartościowe dla siebie samego – co i jak bardzo MI smakowało w momencie degustowania.

Do tego wytłumaczenia konieczne jest też przypomnienie: w poszukiwaniu odpowiedniego dla nas wina, czytając oceny kompetentnego krytyka nie można oczywiście zapominać o jego subiektywnym guście, a tym bardziej o stylu ocenianego wina. Weźmy za przykład słodkiego mozelskiego rieslinga z szlachetną pleśnią i wytrawnego z Rheingau. Ten sam szczep, ten sam kraj, może być ten sam rocznik i taka sama ocena, a mamy dwa kompletnie różne wina. Chyba, że jesteś wine geek, level advanced to możesz sobie pozwolić na sprawdzenie suchych liczb bez czytania opisu…

 

Skąd się wzięło ocenianie win i czy ma to sens?

http://winny.com.pl/2017/10/10/punktow-wino-odcinek-1/

 

Jak krytycy mogą różnić się w ocenach i z czego to wynika?

http://winny.com.pl/2017/10/16/mowia-o-winie-suche-punkty-odcinek-2/

 

PS Rozmiary tego tekstu rosną w trakcie pisania jak oceny krytyków wina. Będą jeszcze dwa odcinki, w kolejnym – sens życia wg Roberta Parkera.

2 thoughts on “90 punktów – niezłe winko czy kawał wina? Odcinek 3

  1. Widzę po sobie, że teraz po prostu piję dużo lepsze wina, niż kiedyś. Raz, że mnie bardziej na nie stać, dwa, że mam większą świadomość, co wybrać i kupić. 15-20 lat temu o bordoskich grand cru tylko czytałem, jak pierwszy raz wypiłem klasyfikowane wino, za które zapłaciłem chyba 20 Euro, to było hoho. A teraz Latur… i meh. Z pewnością oceniam wina coraz bardziej krytycznie, 90pkt to jest jednak kawał wina. 95… hoho!

    No a taki krytyk od lat dostaje coraz lepsze wina do oceny. Tych milionów butelek, które powinny dostać 75 pkt, w ogóle nie wącha nawet. A przecież te przeciętne (kiepskie?) wina się sprzedają i w większości przecież są wylewane do gardeł, a nie do zlewów. My po prostu jesteśmy w bańce społecznej, w której pije się lepsze wina, niż gorsze, stąd wrażenie inflacji ocen.

    1. A ja jestem przekonany, że wielu krytyków jest coraz mniej krytycznych. W przypadku wielu z nich trudno mi sobie przypomnieć sytuację, gdy opisali jakieś wino jako rozczarowujące. Serio nie trafiają na takie?
      Za to potrafią tak się rozpędzać, że kiedyś przebiją ścianę, pod którą sami się postawili i zaczną dawać winom wybitnym 102 punkty. Win bardzo wysoko ocenianych wypiłem dużo mniej od nich. Ambrozja pita sporadycznie powinna bardziej smakować, tymczasem często okazywała się nie aż tak cudowna jak krytyk zapewniał. Ja jako „niesławny krytyk” wpisuję takiemu winu na przykład 93 i nie muszę się stresować, że ktoś inny da 96.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *