Cheval Blanc 1989. Pijemy etykiety?

Jak pić takie wina jak Cheval Blanc czy Latour? Potraktować je jak zjawiskową kobietę: wyłączając telefon, zamykając drzwi i rozkoszując się w samotni? Ale przecież zaraz rozlegną się głosy oburzenia, że tym, co najlepsze, należy się dzielić! A można przecież pójść jeszcze trzecią drogą, bezdrożami, wraz z bohaterem filmu „Bezdroża”. Miles protestując przeciwko światu, wypił swoje Cheval Blanc 1961 w barze fast foodowym prosto z plastikowego kubka.

Wybrałem rozwiązanie „Wino & Friends”, czyli pięciu kumpli w warszawskim lokalu o rzeczonej nazwie.

Prawie na pewno nikt z Was nigdy nie wypije Cheval Blanc 1989, ktoś może zastanawia nad sensem takiego wpisu. Ale przecież od młócenia marketowych win jest już kilkudziesięciu blogerów, a ja nie lubię orać grupowo tego samego pola. Mainstream jest potrzebny, ale nie byłby mainstreamem, gdyby nie odmieńcy tacy jak ja.

W poprzednim wpisie rozgryzałem Latoura:

Chateau Latour 1989. Winny do wanny!

Chateau Cheval Blanc jest z kolei najsłynniejszym winem prawobrzeżnej bordoskiej apelacji St. Emilion. No i klasycznym przykładem rozziewu cenowego w Bordeaux. Nie ma drugiego regionu winiarskiego na świecie, w którym normalne są dwukrotne różnice w cenie pomiędzy rocznikami tego samego wina, nawet sąsiadującymi ze sobą.

Spotykam marketowych klientów, którzy dopytują mnie o miejsce butelkowania wina kosztującego 15 złotych. Tymczasem do lat 60. wielkie zamki w Bordeaux zwykle sprzedawały swoje wina kupcom winiarskim… w beczkach. Kupiec sam przelewał takie wino do butelki i naklejał własną etykietę. I tak dzisiaj najsłynniejszy rocznik Cheval Blanc 1947 z różnymi etykietami kosztuje około 50 tysięcy złotych (za butelkę, nie za beczkę), choć roczniki mu pobliskie można kupić kilka razy taniej. W 2010 roku na aukcji genewskiej sześciolitrową butelkę tego rocznika Cheval Blanc sprzedano za rekordowe ponad 300 tysięcy dolarów.

W ogóle w XXI wieku ceny garstki najbardziej prestiżowych Bordeaux takich jak Cheval Blanc straciły już niemal całkiem zależność od jakości. Stały się winiarskimi symbolami kapitalistycznego rozwarstwienia, w którym dobry pracownik zarabia 30 złotych na godzinę, a trochę lepszy trzy razy więcej. I to tylko pozornie lepszy. Bo przestańmy patrzeć na nazwisko, wygląd i skuteczną autoprezentację, skupmy się na sednie i nagiej prawdzie. Mam przed sobą wyniki panelowej degustacji prestiżowego magazynu „Decanter” z 2012 roku, w którym oceniano znane Bordeaux 2002. Lafite wypadł w ciemno na równi z 30-krotnie tańszym Belgrave. W obrębie apelacji Margaux dużo lepiej od słynnego Chateau Margaux wypadł pięć razy tańszy Cantenac-Brown. I tak dalej, a to tylko jeden przykład. Pijemy wino czy drogie etykiety?

Kiedyś przeczytałem wspomnienia uznanego fizyka z kalifornijskiego uniwersytetu, który jeszcze w latach 70. beztrosko pijał Cheval Blanc 1947 na publicznych degustacjach. Były to czasy, w których żadne wino nie kosztowało równowartości samochodu, ba, nawet motocykla.

Ten mityczny rocznik Chevala podobno smakuje bogato i słodko jak porto zawierając aż 14,4 % alkoholu. Według przekazu samego chateau to wino było wynikiem upalnego roku i samoczynnie zatrzymanej fermentacji, z trzema gramami pozostałego cukru. Co ciekawe, w Bordeaux do lat 80. grona zbierano wcześnie, przed osiągnięciem pełnej dojrzałości i z nastawieniem raczej na dużą wydajność gron z hektara, a nie jakość. Dlatego wina potrafiły mieć początkowo ledwie 9 % alkoholu, dodawano więc … cukru buraczanego i 12 % mogło pojawić się na etykiecie. Znawcy tematu przebąkują, że stare dobre bordeaux z wyczuwalną słodyczą zawierają zapewne nieprzefermentowany cukier niejasnego pochodzenia i podwyższony poziom siarczynów powstrzymujących przed drugą fermentacją. Oczywiście żadne Cheval Blanc nie przyzna się do takich praktyk… Warto dodać, że szaptalizacja (dodawanie cukru do wina) jest w Bordeaux dozwolona i nawet w ostatnich chłodniejszych rocznikach 2011-2014 stosowana była dość powszechnie.

CHATEAU CHEVAL BLANC 1989

 

Kupaż cabernet franc i merlota. Ciemnogranatowa barwa, aromaty łagodne. Skóra, delikatna aronia, cedr, mięso, stara dębina, przyprawy. W smaku gęsty owoc i duża kwasowość świadczą o wysokiej jakości, bo przecież 99,9 % win świata w tym wieku zamieni się w ocet lub rosół. Swój kieliszek sączyłem blisko godzinę, do smaku espresso i dojrzałych owoców z czasem doszło wygładzenie, ale też ewolucja w liściastą stronę starzejącego się wina.

Ocena: 90-91 p. Cena: 600 zł. (po znajomości, dzielona na pięć osób degustujących)

W starciu tytanów dość zgodnie oceniliśmy butelkę Latoura nieco wyżej od Cheval Blanc w roczniku 1989. Cichym zwycięzcą dla mnie okazało się jednak trzecie wino, Chateau Musar 1999 z Libanu. Piękne aromaty goździków, suszonych owoców, czekolady, kakao, grafitu. W smaku zaś było to, czego oczekiwałem właśnie po dojrzałym Cheval Blanc. Pełne, eleganckie i słodkie, intensywne od śliwek i korzennych przypraw, z gładziutkimi garbnikami i długim finiszem. Ta świetna butelka kosztowała nas tylko 150 złotych.

Podsumowując, próbowane Latour i Cheval Blanc były bardzo dobre, jednak nie były winami, które mną wstrząsnęły. Wstrząsem byłoby raczej wydanie na nie 1200 złotych, jednak koszt dzielony na pięć osób uczynił je znacznie znośniejszymi. Nie żałuję zakupu. Moim zdaniem cenne są przeżycia i doświadczenia, emocje i wspomnienia, a nie tylko banknoty. Za bilet na mecz piłkarski też można zapłacić różną kwotę. Gdybym wydał 200 złotych na mecz Legii w Champions League, z wydrukowanym biletem nie dostałbym gwarancji wielkiego widowiska i fajerwerków. Jednak wolałbym bilet na taki mecz od rocznego karnetu na mecze Hutnika Warszawa i niech to posłuży za puentę tego wpisu.

2 thoughts on “Cheval Blanc 1989. Pijemy etykiety?

  1. Picie takich win daje punkt odniesienia, poczucie, że nie ma tajemniczych, mitycznych superwin, których nigdy nie spróbujemy. Pamiętam, że Chateau Margaux, które wypiłem po latach oczekiwania, też było trochę rozczarowaniem. Ale pozwoliło wykalibrować oczekiwania i emocje. Dodatkowo zacząłem doceniać Parkera i jego punkciki, przy większych kwotach lepiej nie być saperem.

    I uważam podobnie, jak napisał Marek w komentarzu pod poprzednim postem — chyba lepiej takie wino wypić samemu (ewentualnie w duecie) i mieć więcej czasu na obcowanie ze sztuką i wyciągnięcie wniosków.

    A z Musarem musiałeś trafić na lepszą butelkę, niż moja z tego samego rocznika, gratulacje.

    1. Myślę, że mityczne wina, takie orgazmiczne istnieją… Ale nawet Margaux potrzebuje dobrego rocznika i dobrej piwnicy. Co do Musara to chyba bywają różnice butelkowe ze względu na wysoką lotną kwasowość Musarów (spontaniczna fermentacja, brett w piwnicy, długie leżakowanie w beczkach, itd.). Wszystkim smakował.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *