Do czego by się dzisiaj przyczepić, może do Facebooka ?

Mam coraz więcej znajomych. W tej chwili już równo stu. Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem (czyli dość dawno temu) to niektórzy liczyli znajomych, nawet zapisywali ich sobie na kartce, tworzyli podkategorie przyjaciół, itd. Facebook ułatwia życie, sprawnie liczy, w ten sposób zostałem posiadaczem znajomych w ilości 100. Moim setnym znajomym na Facebooku zapragnął zostać Enrico Rivetto, którego nebbiola z kolei ja zapragnąłem poznać parę dni temu w wine barze Mielżyńskiego. Wcześniej Enrico za to zapragnął mieć żonę Polkę (nadążacie za moim słowotokiem?). Potrafi powiedzieć po polsku znacznie więcej niż „kocham cię”, choć pewnie nie aż tyle, żeby bez pomocy żony przeczytać tego co o nim piszę.

Najwięcej osób w swoim życiu poznawałem (jak większość) w czasach szkolnych i studenckich. Te czasy zbiegły się z latami, pisząc skrótowo, mojej przynależności do ruchu punkowego i aktywności lewicowej, znałem bardzo dużo ludzi w tych klimatach ideologicznych. Niedawno przypadkiem zauważyłem, że autor ciekawego bloga około winiarskiego „Literki Butelki Kilometry” to śląski znajomy z tamtych czasów.

Gdy znaczek kosztował 5000 złotych

Łączyły nas też sprawy handlowe, Remik wydawał i dystrybuował pisma ekologiczne. Z pocztówki od niego wynika, że jedną płatność uregulowałem, druga była w drodze. Te sprawy odbywały się na koleżeńskich zasadach, bez faktur z wyznaczonym terminem płatności, ponagleń z działu rozliczeń finansowych, itd.

Niektórych swoich facebookowych znajomych nie znam osobiście, a nawet nie rozpoznałbym na ulicy. W epoce FB to pewnie całkowicie normalne, o ile nie patrzy się na portale społecznościowe z dystansem. Z drugiej strony, w epoce szybkiego życia ludzie nie rozpoznają się wzajemnie budząc rano obok siebie w łóżku, więc co mnie tak zadziwia?

Nigdy nie chciałem zakładać Facebooka i gdyby nie zainteresowanie winami pewnie by to w ogóle nie nastąpiło. Znajomych mam tylko stu, oszczędzam prąd.

Gdybym miał pięciuset znajomych na Facebooku to zanim przebrnąłbym przez wszystkie wrzucone zdjęcia talerzy z zupą, po szukanej degustacji win zostałyby puste butelki.

Czego mnie za to Facebook nauczył? Choćby tego, że dotąd zawsze dziewczyna czy piosenka najpierw mi się spodobała, a jak się już dłużej podobała to byłem nawet gotów ją polubić. Powtórzę początek felietoniku: Facebook ułatwia życie. Nie tylko liczy znajomych, ale zbliża emocjonalnie, wszystko da się od razu polubić jednym ruchem kciuka.

A propos kciuka. Cezar skazywał gladiatorów unosząc kciuk do góry, więc coś się chyba zmieniło na przestrzeni tych dwóch tysięcy lat z tym „I like it”. A na Bliskim Wschodzie „lajk” oznacza propozycję seksu analnego lub to co u nas wyciągnięty palec środkowy. Wiem to nie z doświadczenia. Gdzieś przeczytałem.

W poprzednim wpisie w ramach akcji „Klikaj odpowiedzialnie” czepiałem się portali internetowych za wyłudzanie klików. Z kolei dzięki FB poznałem fenomen polubień i zaproszeń do polubień. Oczywiście przyjemnie, gdy ktoś „zalajkuje” wpis. Miły gest docenienia, który smakuje, gdy jest niewymuszony. Czyli nie poprosiłbym ani nie oczekiwałbym od nikogo. Zmierzam do tego, że może stu znajomych na Facebooku to śmiesznie mało, ale wystarczająco dużo by dostać zaproszenie do polubienia centrum przemysłu mięsnego czy ślimaków mazurskich. Pierwszy raz w życiu postawiono mnie przed zagadnieniem stosunku do ślimaków. Stosunek jest z kimś kogo się lubi, więc nie polubiłem ślimaków mazurskich. Nie sprawdziłem nawet czy ta strona popiera ginącą populację ślimaków czy raczej je sprzedaje ślimakożercom.

Prawie umknęła mi ciekawa historyjka z ostatnich dni. Facebookowe wpisy o Szymonie Milonasie, który w TV show rozpoznał wszystkie wina potraktowałem standardowo w takich przypadkach, jako spam. A okazało się, że to żaden spam, fake. Zalinkuję (tych ostatnich trzech słów nikt z Was nie zrozumiałby kilkanaście lat temu):

https://www.ipla.tv/The-brain-genialny-umysl-odcinek-7/vod-8489505

Degustacja w ciemno może być dla nas codziennością, ale ciekawie zobaczyć ją w polskiej telewizji. I chociaż nie cierpię tej konwencji rozrywki dla mas to taki występ jest niezłą reklamą dla wina. Obejrzało go dziesiątki tysięcy ludzi, kilkuset połknęło haczyk i zainteresuje się. Zabawne było to jury kręcące głowami w niedowierzaniu, z niego jedynie Pudzian pozostał niewzruszony podczas degustacji. Widocznie jako jedyny wiedział, że odgadnąć sauvignon blanc z Marlborough to fraszka. Szymon rozpoznał wszystkie trzy wina i nie powstrzymała go nawet kelnerka, której skuteczność, pardon, ciągnięcia korka wyniosła skromne 33 %. Wiem to od Szymona, u którego cyklicznie degustujemy wina w ciemno w miłym gronie Wine RePublic & Friends.

Było już o „lajkach”, było o winie propagowanym w TV, temat wyczerpałbym na dzisiaj, gdyby nie przypomniała mi się kolejna historia. Otóż wszystkie dwa polskie periodyki o winach prowadzą konkurs na bloga roku. Pewien bloger zbierał kiedyś elektorat wśród znajomych znajomych, kliknięcia były, do wiktorii jednak zabrakło. Zaciekawiło mnie jednak jego wytłumaczenie (choć przecież tylko Winny się tłumaczy?).

Otóż namawianie znajomych znajomych by oddali głos na bloga jest krzewieniem kultury winnej. Jak to przeczytałem to wyobraziłem sobie, że mój kolega ma kolegę, który ma zakład wulkanizacyjny. Z trudem, ale wyobraziłem sobie też, że oddaję głos na ten zakład w konkursie „Najlepszy wulkanizator w mieście”. Ale mam jednak zbyt ubogą wyobraźnię, żeby czytać o zakresie usług tego zakładu i zafascynować się różnicami między Dunlopem a Michelinem…

Skoro Rivetto częściowo zainspirował mnie do napisania tego felietonu, napomknę trochę o tym czym się zajmuje. Spotkaliśmy się u Mielżyńskiego by zdegustować jego siedem win ze szczepu nebbiolo. Bardzo obiecujące są jego pierwsze próby z musującym nebbiolo, ale na pewno nie będą to tanie bąbelki (prawie cztery lata na osadzie drożdżowym). Dla dociekliwych poszukiwaczy nowinek – Rivetto zaczyna też robić nebbiolo w glinianych amforach (8 miesięcy maceracji, minimalne siarkowanie przed butelkowaniem, amfory kupione od toskańskiego producenta Fontodi). Informuję, że wino wychodzi faktycznie rustykalnie, ale czy to mnie kręci w tym szczepie?

Zwykłe nebbiolo i barbaresco niezłe, nie zachwyciły, a dwa starsze barolo rozczarowały. Mam dwie takie butelki w piwnicy i zaniepokoiła mnie ich kondycja po tej degustacji. Takie „Barolo Serralunga d’Alba 2006” powinno być idealne, bo ten rocznik i ta długowieczna gmina. A tymczasem dostałem liść laurowy, owoce też już suszone, gdy tanina niezbyt dojrzała.

Najlepsze w zestawie było „Barolo Leon Riserva 2010”, chociaż zaskakująco już dojrzałe. Bogate aromatycznie, pełne słodkich przypraw (goździki, cynamon, kakao) i czereśni. Tanina proszkowa, jeszcze w stadium rozwoju, ale mięsisty i słodki owoc podbity czekoladą przeżuwa się niemal jak pulpę. Jestem ciekaw czy za kilka lat ten bogaty owoc nie zacznie się już utleniać.

Po degustacji poczęstowano nas fantastycznym lunchem, oczywiście też z winami od Rivetto. I młodziutkie Barolo Serralunga z 2012 roku do kawałka wołowiny smakowało równie fantastycznie.

Aha. Niedawno pisałem, że dobrze być warszawiakiem. Za dobrze, bo w środku tygodnia przed południem trzeba wybierać pomiędzy degustacją barolo i lunchem, a seminarium i spotkaniem z winiarzami z portugalskiego Tejo.

Na koniec tradycyjnie coś z domowej konsumpcji, bordoski blend z Hiszpanii.

VALLEGARCIA – „Hipperia 2007”

Kolor młody jak na upływającą już dekadę.

Dużo słodkiej tostowej beczki, czekolady, cedru, po chwili też cabernetowa papryka. Głęboko i dojrzale, ale na szczęście bez karykatury.

Doszlifowane przez dobrego winiarskiego jubilera, w klimatach win robionych przez Michela Rollanda: tłusto, bogato, słodko, niemal mlecznie, z super dojrzałym jeżynowym owocem i okrąglutką trwałą taniną.

Bardzo dobre jako alternatywa dla posiłku. Nie jest to całkiem klasyczny bordoski blend, ale na styl bordoski w środkowej Hiszpanii jest za ciepło i za sucho – wino dobiło do 14,5 % alkoholu. Stawiałbym pewnie na Australię, ewentualnie Kalifornię. Moderna, również w kategorii luksusowej etykiety.

Ocena: 90 p. Cena: 80 zł. (okazyjny zakup prywatny)

4 thoughts on “Do czego by się dzisiaj przyczepić, może do Facebooka ?

  1. To wino ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Ciekawe że w samej Hiszpanii zdecydowanie brakuje mu adeptów, bądź to ze względu na mocno francuski, nietypowy styl?, a może przez działanie enologa wytwórni który z roku na rok po raz kolejny już zmienia układ szczepowy tego „bordoskiego blendu”. Dużo w nim niespodzianek i eksperymentów. Takich rzeczy łatwo się tam nie akceptuje. To mocno konserwatywny kraj jeśli chodzi o wino. Dlatego pewnie Hipperia zdecydowanie cieszy się większą estymą u obcych. W 2007 trochę zabrakło elegancji i nie wiem czy zauważyłeś ale chyba zbywa też Cabernet Franc ze swoim roślinnym, zielonkawym akcentem. Polecam dla porównania ostatnie roczniki, które wypadają zdecydowanie lepiej. To prawda, że wino zdecydowanie wygrywa w towarzystwie dobrego posiłku. W każdym razie dobry zakup, godny polecenia i degustacji. Z poznania różnorodności rodzi się wiedza.

    1. Według mnie francuskiego stylu to nie przypomina. No, ewentualnie Pomerola. Bardzo dobre, ale częściej wolałbym właśnie pić mniej bogate, a bardziej eleganckie takie kupaże.

  2. Francuski styl Robercie występuje. Popatrz na układ: merlot, petit verdot, cab.sauv, cab. franc, to obce syczepy, zobacz później kto robi u nich wina, to przecież Eric Boissenot. Boissenoci mieli laboratorium w Pomerolu, znają się na winach i teraz robią w samym sercu Montes de Toledo to czego nauczyli się u siebie, we Francji. To „escuela francesa” robienia win. Ten charakter jest mocno widoczny w Hipperi, być może dla kogoś kto w równej mierze poznaje szeroko wina świata nie, ale kto wychował się na Półwyspie i Francję też liznął nie mało, ten wychwyci specyficzny styl tego wina. Przecież to już inna Hiszpania. Hipperia 2007 jak i jej poprzednicy robione były z młodych szczepów różnych odmian i w kupażu brakowało im zawsze równowagi, winogrona były młode (krzewy), zbyt świeże, miały wiele jeszcze nieokrzesanej werwy, witalnej siły jak na wino mające poźniej dojrzewać w beczce sporo miesięcy. To był defekt na który szukano sposobu i wyczujesz go jeszcze w 2007 roczniku, ostatnim w tym stylu. W dodatku również młodociany Cab.Franc w układzie różnych odmian daje mocno herbaciane niuanse, zbyt intensywne. Do 2007 to wino robiono wg. francuskiej szkoły Michela Rolland. Spóbuj 2008 i zobaczysz już całkiem inny produkt, inną szkołę, lepszą. Wraz z przybyciem nowego enologa wszystko się zmieniło i dopiero od tego momentu Hipperia zaczyna rosnąć. Krzewy się starzeją, wino dojrzewa inaczej, w beczkach już jako kupaż, dużo innych zmian, które dały całkiem odmienny styl, też francuski bo o to chodziło producentowi od samego początku. Jest to pozycja bardzo ciekawa i zachęcam innych po sięgnięcie, ale trzeba mieć już trochę doświadczenia z takimi winami. Nie chodzi mi o Ciebie Robercie, bo tego Tobie nie brakuje. To uwaga dla innych. Pozdrawiam

    1. Dzięki za wyczerpującą merytoryczną wypowiedź. Hipperia to dla mnie jedno z tysięcy win, ale winifikację Rollanda często da się rozpoznać, czy to w Bordeaux czy Argentynie. Boissenot to chyba podobna właśnie szkoła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *