Nie uwierzysz co się stało! Sprawdź.

Kliknąłeś, kliknęłaś? Nie szkodzi, mi też to się zdarza. Moją stroną startową w komputerze jest gazeta.pl, cóż, jakąś przecież trzeba mieć. W biegu ślepego z chromym jeden z nich dobiegnie pierwszy, na tej zasadzie opiera się mój wybór między portalami internetowymi. Już Peter Breughel antycypując zilustrował dylemat: Gazeta, Onet, Wirtualna Polska czy Interia:

 

„A jeśli ślepiec prowadzi ślepca, obaj wpadną do rowu” Jezus Chrystus

Jakiś czas temu jakiś twórczy animator portalu gazeta.pl wpadł na pomysł, że ludzie lubią coś przeżywać, czymś się poruszyć. Sieknął ogromnym tytułem „Dzień dobry, emocje!”.

I trochę mniejszymi literami rozwinął złotą myśl: „Wierzymy, że prawdziwa historia zaczyna się tam, gdzie pojawiają się emocje”. O, może przełomowa mentalnie chwila zmiany rodzaju prezentowanych treści? Wyobraźnię rozbudzoną wizją większej dawki ciekawych felietonów i publicystyki „na pierwszej stronie” portalu zgwałcił jednak nagłówek pierwszego materiału wywołującego emocje: „Przedstawiamy najbardziej emocjonujące chwile w historii TV – seks w wannie Wielkiego Brata”.

Komentatorzy meczów polskiej ligi sytuację, gdy piłkarz zamiast do bramki trafia w stadionowy zegar, określają dość eufemistycznie „Pomysł dobry, wykonanie gorsze”. Analogicznie można by też podarować niespodziewanie dziewczynie kwiaty i do bukietu dorzucić wiązankę „Dobrze, gdybyś nieco schudła”. Nie będę się silił na większą ilość porównań obrazujących mój stan psychiczny. W każdym razie nie mam telewizora, więc może jednak gazeta.pl ma rację, może w TV również już nie ma nic ciekawszego od ciupciania w wannie?

Jakiś czas temu jakiś twórczy animator portalu gazeta.pl wpadł na pomysł, że ludzie lubią coś przeżywać, czymś się poruszyć. Sieknął ogromnym tytułem „Dzień dobry, emocje!”.

Po pierwszych chwilach rozbawienia wróciły nieco poważniejsze refleksje, czego to się nie robi w wyścigu o kliknięcia. Jak przesunęła się nawet nasza (czytelników) granica tolerancji, jak przyzwyczailiśmy się do czegoś co dziesięć lat temu było jednak trochę rażące. Portale internetowe ścigają się nie o (pardon za określenie) klienta, ale o ilość kliknięć. Można wyłudzić pieniądze mówiąc „Pożycz sto złotych”, w głębi duszy myśląc „Jak nie będę miał to najwyżej nie oddam”. Gazety i inne Onety wyłudzają kliknięcia odpowiednio spreparowanymi nagłówkami. Najważniejsze, żeby nimi przyciągnąć uwagę. Nie możesz wiedzieć o czym przeczytasz, bo gdybyś wiedział to nie chciałbyś tego czytać, ale jeśli już kliknąłeś to „Mamy cię”. I ta zabawa w kotka i myszkę trwa, bo widocznie mało kto się z niej wypisuje.

Aha, projekt „Dzień dobry, emocje!” chyba okazał się mało poruszający i po paru tygodniach znikł z nagłówków.

Niedawno czytałem o dziennikarzu internetowym (jeśli jest coś takiego), który pisał poważne interesujące felietony na nieszablonowe tematy. Przygotowywał się do nich, jeżdził gdzieś tam, zbierał informacje. Zdjęto go z portalu, bo dużo więcej kliknięć miały zdjęcia celebrytek (żelazna zasada “jedno zdjęcie = jedna strona”) z opisem obrazka, gdyby obrazek okazał się za mało zrozumiały dla “czytelnika” portalu.

Protoplasta mrocznej prozy Horace Walpole jest bardziej pamiętany ze stwierdzenia „Świat jest komiczny dla tych, którzy myślą. Tragiczny dla tych, którzy czują.” Ja widzę komediodramat.

Ostatnio w blogu wychwalałem bycie warszawiakiem. Zdanie podtrzymuję, bo degustacji nie ubywa. Dzisiaj ograniczę się do wspomnienia toastu, który zasłyszałem na degustacji win gruzińskich. No więc pewien gruziński tamada przed toastem opowiadał taką historię:

W swoim miasteczku chodził często wzdłuż rzeki na targ po warzywa i owoce. Pewnego dnia na swojej drodze zobaczył siedzącą na ławce nad rzeką całującą się parę, kruczowłosego chłopaka z kruczowłosą dziewczyną. Nie zwrócił zbytnio na nich uwagi, ale drugiego dnia na tej samej ławce znów zobaczył parę. Tylko, że dziewczyna chyba nie była ta sama, jakieś jaśniejsze włosy, inna sylwetka… Trzeciego dnia poszedł na targowisko, ławka znowu zajęta. Młodzian ten sam kruczowłosy, pocałunki te same, gorące i namiętne, a dziewczyna inna, ruda i chuda.

Wypijmy więc toast za stałych mężczyzn i zmienne kobiety!

CHATEAU MUKHRANI – „Saperavi 2013”

Ciemno purpurowe, atakuje mokrym sierściuchem i mięchem, a gdy te zduszone nuty nieco ustępują wyłazi ciemny gotowany owoc, pieprz, przyprawy. Smak lekko kanciasty, trochę za dużo tej beczki (albo wiórków) dla tego owocu. Znany gruziński producent, ale pewnie trochę bardziej finezyjne wina robi pod własnymi etykietami niż dla M & S.

Cena: 43 zł. (kupione ze dwa lata temu w Marks & Spencer).

GEVELLI – „Saperavi 2014”

Lepsze saperavi. Trochę więcej czerwonych owoców, w aromacie może nieco polukrowanych, ale mięsne podbicie nieco ten nos ubarwia. W ustach zrównoważone, po stronie owocowej, dość lekkie, poprawnie zrobione. Warte swojej ceny, można przy nim nawet wznieść ciekawy toast.

Cena: 33 zł. (importer polsko – gruziński Gevelli, ja kupiłem w Carrefour)

A na koniec z innej beczki, niedawno wypite:

CASA LAPOSTOLLE – „Merlot Cuvee Alexandre 2010”

Żadne wino nie smakowało mi mniej lub bardziej z powodu filmu, więc moje domowe spożycie merlota utrzymuje się na stabilnym poziomie po obejrzeniu wiadomego filmu…

Nos: gorące smażone borówki i jagody w głębi prażonej tostowo – czekoladowej beczki.

Usta: bardzo gęste i intensywne, przyprawowe i prażone z bardzo dojrzałymi, nieco już suszonymi owocami leśnymi. Wino napiera na policzki jak tłum do tramwaju. Taniny suchawe, trochę dębowe, przez co finisz średnio przyjemny i alkoholowy, więc co z tego, że długi? Kwasowość z kolei dla mnie niewystarczająca, więc wino jest trochę męczące i z rozchwianą tożsamością. Drugiego dnia nieco się ułożyło, ale i tak spodziewałem się mniej klocowatego wina. A przecież to może najbardziej znany merlot półkuli południowej?

Ocena: 83-84 p. Cena: ok. 70-80 zł. (wyprzedaż końcówek w Centrum Wina jakieś dwa lata temu)

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *