Dobrze być warszawiakiem

Z jakich powodów Warszawa jest lepsza od reszty Polski? Ma metro, Pałac Kultury i Legię na stałe, a tymczasowo Dudę. Zanim poznaniacy czy inne krakusy (i ci, i tamci mają za to Lecha) spuszczą na mnie psy z łańcuchów, dodam sprostowanie – Warszawa rządzi degustacyjnie.

Nie chcę analizować różnic w ilości butelek wina jakie za wypłatę mogą kupić mieszkaniec Warszawy a mieszkaniec … (wpisz nazwę miasteczka). Bardziej interesuje mnie różnica w dostępności: liczbie sklepów specjalistycznych, wine-barów, restauracji poważnie traktujących wino i last but not least – ilości degustacji. Przecież gdybym mieszkał w małej mieścinie gdzieś w Polsce, pewnie nigdy nie miałbym jak zainteresować się winem. W kilku innych dużych miastach wine-bary i degustacje win też już nie są jak kałuża na pustyni, ale reszta narodu ma gorzej. Jak zakochać się w winie mieszkając gdzieś na jakimś wiejskim zadupiu?

Wino to nie siatkówka, gdzie wystarczy bogaty mecenas sportu by całe miasteczko połknęło bakcyla. Ale wyobraźcie sobie najlepszych winiarskich kozaków z Bełchatowa (nawet z siatkarskim Michałem Winiarskim), Kędzierzyna-Koźle i Rzeszowa naprzeciwko drużyny złożonej z warszawskich branżowych zawodników. Bez szans. No, ale gdzie w Bełchatowie można pójść na wino?

Sklep z winem u Ani / Nikt nie zabierze nam go/ Dopóki my będziemy pod nim stali / I na wino sobie zbierali. (słowa: Letni Chamski Podryw, melodia: Kamil Bednarek)

Podsumowując, degustacja Amareny pod sklepem różni się od przekrojowej degustacji Amarone.

Lejtmotywem, który mnie skłonił do wyklepania tego wpisu są właśnie możliwości degustacyjne mieszkańca Warszawy. Bywają tygodnie, w których można codziennie brać udział w jakiejś degustacji. Często darmowej i to też dla nowicjuszy. Zdarza mi się nawet poczuć wkurwienie, gdy organizatorom degustacji brakuje zmysłu orientacji. Tak było choćby niedawno w dniu moich urodzin, gdy na moją cześć odbyło się równocześnie co najmniej sześć imprez w Warszawie:

Ed Red – wina Pałacu Mierzęcin,

Krople Wina – wina sycylijskie,

Centrum Wina – event degustacyjny,

Win.Co – wina z RPA,

Szkoła Winicjatywy w Wine Corner – wina z Chile i Argentyny,

DarWina – degustacja w ciemno dla blogerów.

Jako że dar bilokacji jest mi obcy, wybrałem DarWina, niedużą warszawską sieciówkę z ambicjami. Win było dużo, lepszych i gorszych, nie będę Cię zanudzać opisami.

 

Każda degustacja to jednak krok naprzód w winnej edukacji. A tak w ogóle to degustacje wiążą się dla mnie z hamletowskim dylematem: skupiać się czy gadać? W mojej blogowej rubryce „Winny pije do lustra” nic i nikt mnie nie rozprasza podczas degustacji, za to na publicznej dochodzi przecież towarzyski aspekt picia wina. Pić ze wszystkimi czy się zaszyć? Nie o to chodzi, nie potrzebuję esperalu. Zwłaszcza, że z ostatnich degustacji wychodziłem trzeźwy jak świnia.

Trudno jednak być skupionym na winie, gdy przedstawiciel winnicy nalewa i patrzy w napięciu, próbując odczytać reakcję choćby z drgań mięśni twarzy. Kilka dni temu importer podszedł do mnie, gdy zbulwersowany jego winem wypłukiwałem usta. Zapytał co sądzę o tym węgierskim chardonnay, z dumą dodając, że pochodzi z późnego zbioru. Ja na to, że szkoda chardonnay na Węgrzech, w dodatku zbieranego późno (chardonnay lepiej wcale niż późno!), bo wyszło okropne, obłe, bez kwasowości i wali wódą. Następnego wina nalał mi już mniej. Nie żałuję, nie było lepsze, a zamiast wódy waliło drewnem i starością.

Nie wiem czy są blogerzy filmowi recenzujący fabułę i grę aktorską w „Klanie” czy „M jak miłość”. Chyba nie. Ale wiem, że są blogerzy, którym plajta Lidla i Biedronki obcięłaby obie ręce. A jako że nadchodzą święta, w blogosferze nadchodzi tłuczenie produkcyjniaków o najlepszych dyskontowych winkach na Wielkanoc. Ja tych recenzji nie czytam, ale ostatnio kupiłem niedyskontowe Chateau Fonroque w dyskoncie za 99 złotych. Wolę raz, a z sensem niż eksperymentować na wątrobie karton badziewia.

A teraz dowód rzeczowy, że do trzech dych można kupić wino poza dyskontem i mieć z tego przyjemność. Pewnie wśród dziesięciu dyskontowych win w tej cenie żadne nie okazałoby się tak smaczne. Można pójść (na łatwiznę) do dyskontu, albo można poszperać w outlecie importera.

ALLEGRINI – „Bardolino Corte Giara 2012”

Bardolino to zwykle jeszcze prostsze wcielenie prostej valpolicelli – kwaśnawy popitek do lekkich dań. Jednak Allegrini jako producent słynący z valpolicelli i amarone potrafi zrobić smakowite bardolino. W zapachu czerwone śliwki wsparte są miłymi akcentami skórzano – tytoniowymi. Kwasowość trzymana w ryzach oraz przyjemna, dojrzała i słodkawa owocowość na mięsistej podbudowie. Nie ma tu głębi, ale pije się! Trudno mi sobie wyobrazić zdrowsze bardolino w wieku pięciu lat.

Ocena: 87 p. Cena: 27 zł. (Sommelier Dystrybucja, może być nadal w wyprzedaży)

Niewykluczone, że to najtańsze wino, któremu poświęciłem kilka zdań na blogu, hehe.

TAURINO – „Notarpanaro 2006”

Bardzo znane negroamaro z krainy miłego polskiemu konsumentowi Salento, lepiej sprzedawałoby się u nas z nazwą primitivo na etykiecie. W zapachu nie jest za stare, za to dość oryginalne, perfumowane: mandarynki, maliny z cukrem pudrem, róże, figi, śliwki, goździki, anyż.

W ustach dość pełne, dojrzałe, ułożone i długie. Trochę czuć alkohol, ale stosunek między cukrem, kwasem i taniną udany. Mamy wędzone śliwki, cynamon, goździki, tytoń. Gorzkawy posmak ostatecznie naprowadził mnie na trop negroamaro (butelkę otwierałem w ciemno). W gorącej Apulii trudno o żywe wino w takim wieku. Zaskoczyło mnie, że to wino podobno widziało tylko beton, stal i szkło (bez beczki) i trafia na rynek dopiero po 6-7 latach.

Ocena: 89 p. Cena: 56 zł. (wyprzedaż w Salute rok – dwa lata temu)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *