Paweł Zarzeczny – własny charakter pisma. Stanko Radikon – własny charakter wina.

Dziennikarz sportowy – brzmi to trochę jak aktor serialowy albo muzyk weselny. Chyba, że chodzi o Pawła Zarzecznego. O erudytę, który nie tylko zjadł bibliotekę, ale umiał barwnie opowiadać to co przetrawił w książkach i to co sam zaobserwował w życiu, wykraczając przy tym znacznie poza sport. Nie był ‚kozą, która skubie trawę tylko wokół własnego podwórka’ jak określił dziennikarzy, którzy mając swoje poletko boją się wyrazistości i wyrażania szczerych opinii bez kalkulowania. Bywał kontrowersyjnym na siłę mitomanem, megalomanem był non stop, ale łatwiej mi rozpoznać jego kolorową narrację niż odróżnić Herberta od Zagajewskiego. Zarzeczny chłostał językiem błyskotliwie, momentami posuwał się może za daleko w prowokacjach. Ale dla jego dziennikarstwa największym wrogiem byli nie ci, którym dowalał, a nuda i banał. Zresztą, byle kogo nie ruszał, bo dostać fangę od Zarzecznego to było jak dostać dyplom.

Pięć dni temu prawdopodobnie zmarł na zawał serca.

Pewność będę miał dopiero, jeśli na pogrzebie otworzą trumnę, bo kilka faktów daje malutką nadzieję, że to jego kolejne szalbierstwo i mistyfikacja, w którą wtajemniczył parę zaufanych osób. Najbardziej zżyty w ostatnich latach z nim dziennikarz właśnie wyznał, że Zarzeczny kilka lat temu poprosił go o … napisanie szczerego nekrologu o sobie, który potem przeczyta. Bo przecież po swojej śmierci już żadnego epitafium nie przeczyta. Że bez sensu są te post scripta sławiące zmarłych, że są napisane co najmniej dzień za późno…Kolega Zarzecznego tej prośby wówczas jednak nie spełnił. Teraz fajnie to spuentował, że byłby to pierwszy przypadek w historii, gdy nieboszczyk zredagowałby pośmiertny tekst o sobie. Bo Paweł na pewno naniósłby do tego tekstu własne poprawki!

Cóż, po fakcie zawsze pojawia się żal, że nie można cofnąć zegarka i powiedzieć to co czego się nie mówiło, gdy jeszcze było do kogo mówić. Chyba, że ta śmierć jest kolejną intrygą Zarzecznego, bo jeśli kogoś stać na taki performance to właśnie jego. Byłaby to najbardziej spektakularna znana mi sfingowana śmierć we współczesnej historii. Bo ta, która już była to została wymyślona na potrzeby filmu („Biały” Kieślowskiego). Zarzeczny na swój pogrzeb od dawna zamawiał „Sen o Warszawie” Niemena (przy okazji nieoficjalny hymn Legii, Paweł był warszawiakiem i legionistą) i „Shape Of My Heart” Stinga (który zagrał koncert na Torwarze trzy wieczory za późno dla Pawła). A może jednak jutro Zarzeczny zacytuje Twaina: „Pogłoska o mojej śmierci była przesadzona”. Przecież cytatami literackimi sypał z rękawa.

Śmierć nie była dla Zarzecznego niczym nowym. Gdy miał kilka lat na jego oczach ojciec alkoholik zabił matkę siekierą i się powiesił. Potem w sierocińcu był bity przez zakonnice. W rodzinie zastępczej był bity przez wuja i ciotkę. To informacje dla tych, którzy myślą, że mieli trudne dzieciństwo. Zarazem to jest ciekawe studium dla psychologów o tym jak ekstremalne dzieciństwo odciska piętno później na dorosłym człowieku. Zarzeczny jako młody chłopak od realiów i wspomnień uciekał w piłkę i książki. Jak często mawiał, całą wiedzę o świecie i swoim zawodzie posiadł sam. Inni dziennikarze nauczyli go tylko pić wódkę. Przerósł ich i swoją epokę w zrozumieniu jak ważny jest bliski kontakt z odbiorcą, że naciskając „enter” po napisanym tekście praca może się dopiero zaczynać.

Z niektórymi jego poglądami kompletnie się nie zgadzałem, ale przecież pasja może połączyć ludzi pomimo różnych poglądów politycznych, religijnych czy obyczajowych. I te różnice w poglądach nie muszą przesłaniać wyświechtanych, ale uniwersalnych wartości jak przyjaźń, lojalność i honor. Dlatego nie jest mi trudno znaleźć wspólny język z ludźmi, którzy mają pasję do wina – jeśli tylko rozumieją też te wartości.

Chciałem napisać głównie o Pawle Zarzecznym nie zapominając jednak, że jestem blogerem winnym i rozejrzałem się po półkach wybrać wine pairing do Zarzecznego. Znalazłem wino z pogranicza Włoch i Słowenii Stanko Radikona. Zarzeczny sprzeczał się słowem pisanym i mówionym. Radikon też w swoim zawodzie robił co mu się podoba, szedł pod prąd mając gdzieś trendy i opinię publiczną. Robił niepokorne wina, był anarchistą w winnicy i piwnicy. I też zmarł przedwcześnie.

Pracował niemal wyłącznie na białych szczepach, które po fermentacji (bez kontroli temperatury i bez drożdży winiarskich) macerował ze skorkami kilka miesięcy w kadziach dębowych mieszając wino kilka razy dziennie. Po etapie ekstrakcji przelewał je do wielkich beczek do kilkuletniego dojrzewania. Jako jeden z pierwszych winiarzy na świecie przestał dodawać siarczynów do swoich win. W podobnym czasie czasie jego sąsiad Josko Gravner zaczął stosować podobne metody ze swoimi białymi winami, dodatkowo zastępując dąb pradawnymi amforami.

Dzisiaj tak wytwarzane wina pomarańczowe stają się modne jak burgery z buraka, ale kilkanaście lat temu bywały obiektem drwin i krytyki publicznej. Radikon i Gravner robili jednak swoje. Henry Ford powiedział, że gdyby przejmował się opinią publiczną to zamiast projektowania samochodu myślałby jak wyhodować szybciej biegające konie.

RADIKON – „Ribolla 2008”

To jest białe wino z autochtonicznego szczepu ribolla gialla, które marzy mi się podać Januszom! Tym, którzy poją się półsłodką mołdawską cieczą z dzbanka na kwiatki. Niejeden beer geek ma na pewno podobne fantazje: poczęstować klasycznego piwosza rzemieślniczym American Pale Ale i zapytać czy Tyskie nadal uważa za zupę chmielową. Już sam widok tego wina w kieliszku przestraszyłby Janusza. Ceglasto – pomarańczowy, niefiltrowany, z farfoclami. Na wino z jasnych winogron to nie wygląda, ale wbrew domysłom Janusza nie jest zrobione z pomarańczy. Grube łzy ściekają po ściankach kieliszka jak w mocnym czerwonym winie.

Apetyczne dno butelki

W zadumie dopisywałem odnalezione aromaty. Hierarchicznie: wypalana glina, ziemia doniczkowa, herbata yerba mate, czarna herbata, duszona cukinia, suszone obierki od jabłka, suszone kwiaty, jesienne liście, zapach komórki z warzywnymi przetworami w słoikach.

Potem wyzwaniem było określenie tego co czuję pijąc to wino. Po godzinie zrozumiałem, to był spacer w gumowcach świeżo zaoranym polem po deszczu. Niemal żułem tę glebę. Czułem też wysuszone skórki od owoców, kwaśne belgijskie piwo lambic, niedojrzałe jabłka z obierkami, gorzkiego grejpfruta. Duża kwasowość w połączeniu z taniną (od maceracji skórek) dała mi poczucie niesamowitego i długotrwałego orzeźwienia.

Pojawiła się też trudna do zdefiniowania końcówka, coś jakby cuchnącego pleśniowego sera (pewnie od dzikich drożdży). To rustykalne wino skrywało najczystsze wyrażenie gleby, szczepu i winnicy. Cholera, coś takiego chyba nazywa się terroir? Łatwiej to zrozumieć wiedząc też, że Stanko skrupulatnie przycinał pędy i kiście, tak by zostawiać zaledwie 4-5 gron na jednym krzaku.

Jestem ciekaw przez ile dni można je pić (ja piłem dwa dni bez żadnych oznak utraty jakości. Nietypowo cienka szyjka butelki ogranicza inwazję tlenu, nie zdziwiłbym się, gdyby ta „Ribolla” smakowała za 10 lat. Świetnie uzupełniała się z dwuletnią goudą. Jeśli trafisz na to wino przetestuj z dojrzałym serem sam!

Ocena: 92 p. Cena: ok. 100 zł. (500 ml., kupione za granicą, w Polsce młodszy rocznik importuje Winotake)

Ludzie odchodzą, ich dorobek pozostaje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *