W poszukiwaniu ideału

A że za gorąco i duszno. Że za zimna wiosna. Że promienie słońca źle padają, trudno się opalić, a skóra jasna. Że wirusy szaleją. Że grzyb i pleśń.

Rany boskie, nie lubię gderających bab.

A dlaczego właściwie ja tak latam za tymi kapryśnymi pinotami? Pewnie dlatego, że jeśli choćby raz w życiu zasmakowało się nektaru…

Więcej mam bruzd na czole niż wybitnych pinot noir na liczniku. Nawet, gdyby tych faktów nie należało ze sobą łączyć to wnioski nie są wesołe. Wzdycha się do nich, tęskni, ale wyrwać pinota ektraklasy bez kasy jest tak prawdopodobne jak zobaczyć śnieg na Saharze. Dwa miesiące temu spadł, pierwszy raz po 30 latach.

Robię pomidorową. Czy zwróciliście kiedyś uwagę, że na opakowaniach makaronu zwykle najtrudniej jest znaleźć informację o zalecanym czasie gotowania? A ta pomidorowa po zabieleniu zaczyna mi przypominać pinota.

Ciekawe co na to powiedziałby lekarz…

Ciekawe też czy rozmawiając o pinot noir zdarza się ominąć słowo Burgundia. Pewnie tak skoro śnieg zdarza się na Saharze. W Burgundii najbardziej podniecająca jest chyba marketingowa reguła niedostępności. Najbardziej pożąda się żony bliźniego swego (choć w połowie małżeństw dochodzi do zdrady, więc z tą niedostępnością można polemizować) towaru rzadko dostępnego. Postarał się o to Napoleon prawem równego dziedziczenia ziemi. Burgundzki płodny chłop miał dzieci, a jego dzieci miały swoje dzieci skutkiem czego francuski rząd wycofuje się z programu 500+ dzisiejszy chłop/chłopka gospodaruje czasem na ziemi na pięć palców, z której robi wina dwie beczki. Jak je sprzeda (a łatwiej mu o to niż o wysmarkanie nosa) to jedzie na wczasy do San Escobar. Ale na płacenie burgundzkiego podatku stać tylko najbogatszych koneserów skoro ceny niektórych butelek idą w tysiące euro.

No, ale jak mawiał rosyjski filozof, wszystkich burgundów w życiu nie wypijesz, wszystkich kobiet nie wyjedziesz (coś chyba pokręciłem, ale mam słabą głowę do mądrości ludowych).

Pijmy więc to co jest. W ramach akcji wietrzenia magazynu zadysponowałem dwa pinoty. Naturalnie burgundzki oryginał i nowoświatowa kopia, transplantowana z matecznika…

JEAN BOUCHARD – „CORTON GRAND CRU 2007”

Corton jest największym (nie mylić z najlepszym) stuhektarowym grand cru Burgundii i jedynym dla win czerwonych w okręgu Cote de Beaune (pozostałe znajdują się w Cote de Nuits). Wzgórze Corton wieńczy pasmo leśne znane z licznych fotografii:

Ostatnio ten las wzbudza nie mniejsze emocje niż czerwone wina Corton i białe Corton-Charlemagne. Właściciel lasu podejrzany o różne malwersacje postanowił wystawić go na sprzedaż. Co prawda winnice Burgundii objęte są ochroną Światowego Dziedzictwa UNESCO, ale winiarze obawiają się karczowania drzew chroniących przed wiatrami i utrzymujących chłodniejszy mikroklimat.

Moje wino zrobił jeden z Bouchardów (pamiętajcie o kodeksie Napoleona), ale nie ten najbardziej znany kupiec z synem. Brak słowa „Domaine” w nazwie wina oznacza w Burgundii wino z gron skupowanych (powszechna praktyka, zwłaszcza w przeszłości).

Nos bardzo spokojny: słodkawy i leciutko smażony owoc, orientalne przyprawy przechodzące w beczkowe (cynamon), płatki róży, z leśno-dymnym tłem.

Mimo 10 lat na karku wyczułem nadal podwyższoną kwasowość: kwaskowe żurawiny, porzeczki, wiśnie i ziołową końcówkę. Mimo dużej kwasowości wino jest zwarte i całkiem korpulentne. Klasyczne, bo czerwone Corton jest właśnie uważane za wyjątkowo mocnego, kwasowego burgunda z dobrym potencjałem dojrzewania. Nie jest to wino stare, nie ma akcentów suszonych, grzybowych i skórzanych. Wolter często mawiał, że woli Corton pić w samotności niż częstować nim gości. Co prawda również wypiłem je w doborowym własnym towarzystwie, ale nie powiedziałbym, że jest to wino klasy grand cru. Pamiętaj o zakupowej burgundzkiej zasadzie – najpierw wybieraj winiarza, potem rocznik, a potem apelację. Zwłaszcza przy dużych grand cru Corton i Clos de Vougeot.

Ocena: 86 p. Cena: ok. 120-150 zł. (kupione kilka lat temu w Leclerc)

DOMAINE DROUHIN-”PINOT NOIR WILLAMETTE VALLEY 2006”

Słynny burgundzki kupiec wybrał w połowie lat 80. kilka działek pod pinota w obiecującym amerykańskim regionie Oregon niedaleko Pacyfiku. Góry Nadbrzeżne piętrzące się wzdłuż wybrzeża zmniejszają wpływ oceanu, co ciekawe w Oregonie jest chłodniej niż w położonym jeszcze bardziej na północ Waszyngton. Chociaż szerokość geograficzna Oregonu jest ta sama jak na południu Francji, ale klimat jest bardziej kontynentalny jak w Burgundii. Szczepy też te same – pinot noir i chardonnay (choć też znane pinot gris).

Nos: dojrzałe likierowe czerwone śliwki, rabarbar, las. Goździki przechodzące w cynamon. Tłusty, gęsty i mocny pinot, ze szczyptą finezji. W posmaku leśne owoce i zioła. Alkoholu ponad 14 %, prawie likierowy w smaku owoc stracił już nieco czaru, ale utrzymał ciężar w ustach. Ciut brak już życia w tym pinocie…

Ocena: 86 p. Cena: ok. 120-150 zł. (kupione jakieś dwa lata temu w wyprzedaży w Centrum Wina)

Stylistycznie i jakościowo wina wypadły podobnie. Cenowo też czyli zapłaciłem dwa razy więcej niż warto było (nie patrząc na prestiż etykiet).

Gdzie jesteś, mój pinocie?

1 thought on “W poszukiwaniu ideału

  1. Gderających bab – abo faceci nie gderają? I nie tylko żony się puszczają… ale wracając do tematu.

    Świat tak goni za ideałami – szukają daleko, to co jest blisko. Może jak Pan wspomniał w innym tekście wystarczy leżakowanie i może przez pośpiech przegapił Pan ideał?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *