Dlaczego tak szybko pijecie? Mastroberardino – „Taurasi Radici Riserva 1998”

Jestem z innego świata. Ewentualnie z tego samego świata, ale mniejszej jego mniejszości i mam dwa argumenty na poparcie swej tezy (a przecież sam sobie nie będę zaprzeczał!).

  1. Wino wypijam średnio około roku po zakupie.
  2. W Walentynki nie piszę o winach dla zakochanych.

Do punktu numer 2 sprowokował mnie Wojtek Bońkowski na Winicjatywie – przypuszczeniem, że wszyscy blogerzy z okazji 14 lutego grzebią się w winach dla zakochanych.

A właśnie, że nie!

I nawet serduszka z wstążeczką „Kocham Cię” na butelkach Carlo Rossi nie zmiękczyły mojego zatwardziałego organu.

Bardziej interesujące wydaje się być zagadnienie: kiedy wypija się zakupione wino? Otóż z przeprowadzanych statystycznych badań konsumenckich wynika, że około godziny po zakupie. Hmm, wobec tego ja musiałbym pić już w metrze, a nie noszę przy sobie ani kieliszków ani korkociągu.

Dlaczego coraz mniej ludzi odkłada wina?

  1. Bo jest coraz mniejsza konieczność odkładać. Kiedyś win typu z Bordeaux czy Barolo nie potrafiono robić w taki sposób by smakowały w młodym wieku. Gorzej radzono sobie z chorobami winorośli, nie zmniejszano wydajności usuwając część zawiązywanych kiści, zbierano niezbyt dojrzałe owoce, dłużej macerowano moszcz ze skórkami, wskutek czego garbniki w winie były początkowo ostre, itd. Wysoka kwasowość i taniczność wydłużają żywotność wina, więc otwieranie tego typu win dopiero po iluś latach miało sens. Dzisiejsze techniki upraw i winifikacji łatwiej pozwalają uzyskać równowagę między odpowiednim poziomem związków fenolicznych (tanin, pigmentów, itd.) i cukru w gronach. Tak w skrócie – wina mogą być gotowe do picia wcześniej.
  2. Bo sprzedażą wina też kierują mechanizmy rynkowe. Kapitalizm nie może istnieć bez presji na jak najszybszą i najczęstszą konsumpcję. Smartfon po roku użytkowania okazuje się trochę nieaktualny, a krem do ciała najlepiej stosować rano, w południe i wieczorem. Oczywiście kult i czczenie sprzedaży nie jest novum XXI wieku , ale wcześniej nie było takich możliwości produkcyjnych, takiego zaludnienia i takiego kryzysu nadprodukcji – sytuacji, gdy ilość towaru na rynku przekracza możliwości konsumentów.

Większość win w krajach Europy Zachodniej i Środkowej sprzedaje się w supermarketach (w przeciwieństwie do USA czy tym bardziej Australii), co skłania do traktowania ich tak jak innych produktów spożywczych – spożyć po godzinie bez zastanawiania się nad datą przydatności. Marketowa filozofia sprzedawania wina jest zresztą najbardziej charakterystycznym przykładem współczesnego gospodarowania towarowem. Liczy się jak największa i najszybsza sprzedaż. Sprzedawca potrzebuje powierzchni sklepowo-magazynowej dla następnych produktów, musi mieć środki finansowe na długoterminowe inwestycje, ponosi koszty gromadzenia wielu indeksów towarów, ryzyko prawidłowego przechowania wina, ryzyko kradzieży. Z tych powodów markety reagują na wino „zajmujące” pół roku półkę jak palec na wrzącą wodę. Wczoraj kupiłem Chateau Talbot 2011 w markecie za 109 złotych. Przeterminowane? Nie sądzę, zaniosę do piwnicy na 5-10 lat.

I tu tkwi sedno. Sprzedawca, marketowy czy inny, sprzedając klasowe wino daje nam klucz do drzwi i my sami decydujemy kiedy chcemy je otworzyć. Czasem na degustacjach pytam przedstawicieli winnicy kiedy sugerują otworzyć ich wino. Pamiętam jak na przykład reprezentanci dość słynnego Barolo i równie słynnej Ribery del Duero zachęcali do otwierania już teraz, już dzisiaj ich 3-4 letnich win. Bo niebawem będzie następny rocznik, który oczywiście też warto kupić i wypić.

Dla przeciwwagi czytałem wywiad z członkiem rodziny Perrin, która od pokoleń robi równie słynnego chateauneufa Beaucastel. W 2012 roku przepytał swoich stałych klientów o zakupione butelki wielkiego rocznika 2010, rekomendowanego do długiego starzenia. Okazało się, że 80 % tych butelek zostało już wypite. Dobrze, że nie każdy producent się z tego cieszy. Cesar Perrin na przykład wie, że wino zdolne do długiego starzenia jest dowodem istnienia naszych przodków oraz owocem ich pracy. Jak to metaforycznie wytłumaczył, dla winiarza wyzwaniem jest zrobienie wina, które może wystartować w sprincie, ale będzie potrafiło przebiec maraton. Tymczasem ludzie pijący wino walor jego długowieczności postrzegają podobnie do polisy na życie – coś co jest, ale niezbyt potrzebne.

Ja jestem zdecydowanie slow-wine’owy. Cierpliwie czekam, czasem rok, czasem kilka lat zanim przyniosę wino z piwnicy.

MASTROBERARDINO – „TAURASI RADICI RISERVA 1998”

 

Producent – instytucja w Kampanii, a zwłaszcza w Taurasi, apelacji produkującej wina ze szczepu aglianico. Do lat 90. niemal wszystkie Taurasi były dziełem Mastroberardino, Riservę 1968 pewien nowojorski krytyk ogłosił nawet włoskim winem stulecia. Riserva Radici jest produkowana tylko w wyjątkowych rocznikach z najlepszych działek na glebach wulkanicznych, sama nazwa Radici (korzenie) odnosi się do roli producenta w Kampanii jako strażnika starych lokalnych odmian (aglianico, fiano i greco).

Barwą i zapachem stawia pytanie: Barolo, Barbaresco czy Burgund? Kruchy nos lekko podsmażanych poziomek i truskawek, otulonych leśnym runem i przyprawami korzennymi. W smaku to już wręcz ekstraklasa (ale nie ta polska kopana). Idealny ekstrakt, elegancja i arystokracja, proporcje jak u Michała Anioła, tanina jak pajęczyna. Tanina, kwasowość i smak kruchych czerwonych owoców nadają temu Taurasi prężną młodą postać niemal dziewiętnastoletniej dziewicy. Proszę bardzo – jak można dwa i pół roku beczki ukryć w winie. I jak można ukryć Taurasi w tym winie! Dotąd degustowałem tylko kilkuletnie Taurasi, były dla mnie nieznośnie taniczne i naburmuszone, wreszcie zrozumiałem dlaczego o Taurasi mawia się „Barolo południa”. Ale w przeciwieństwie do „Taurasi Radici Riserva 1998” wiele Barolo z 98 roku już jest zbyt dojrzałych.

Ocena: 92 p. Cena: 160 zł. (Magia del Vino) Co ciekawe, importer nadal ma to wino w katalogu sprzedaży.

 

Jednak nie zawsze warto czekać:

CHATEAU GRUAUD LAROSE 1996

Sława Bordeaux, drugie grand cru classe z Saint-Julien, rocznik świetny. Powinny być emocje.

Co się stało, że się nie udało?

Sygnał ostrzegawczy – wilgotny korek. W zapachu najpierw mięso i kiszonka, ale jeszcze miałem nadzieję na ładne wywietrzenie. Jednak potem były jedynie aromaty trzeciorzędne i to w stadium zaawansowano-ulotnym: skóra, trochę kawy, dymu, tytoń i tylko ślad po czarnej porzeczce.

Usta też bardzo dojrzałe: zleżałego słodkawego tytoniu, liściasto-porzeczkowe. Bardzo łagodne i jedwabiste, z milutko drapiącą taniną. Dość długi i dymny finisz. Czuć, że wino miało materię, która je jako tako utrzymała przy życiu. Jak widać na dnie butelki zebrało się sporo osadu typowego dla starego szlachetnego wina (polimerów fenoli jak barwniki i taniny). Na pewno nie było to 20-letnie Gruaud Larose przechowane w odpowiednich warunkach. Wydaje mi się, że winę za wino ponosi poprzedni posiadacz butelki, a nie kilka lat w mojej piwnicy.

Ocena: 83 p. Cena: chyba ok. 150 zł. Zakup prywatny kilka lat temu od kolekcjonera.

Mawia się, że lepiej wino wypić za wcześnie niż za późno. Zdarza mi się to odczuć we własnym nosie i gardle, ale i tak na pytanie: pić czy trzymać?

Trzymać!

2 thoughts on “Dlaczego tak szybko pijecie? Mastroberardino – „Taurasi Radici Riserva 1998”

  1. Przy tak wielkiej dostępności win trudno myśleć o tym by je odkładać na potem. Chociaż w sumie może warto kupić cztery butelki wina i spożywać każdą – raz na rok. Tylko czy ma to zastosowanie również dla butelek komercyjnych – wprost ze sklepowych półek? Czy to właściwie ma sens?

    1. Odkładanie tylko niektórych rodzajów win ma sens. Przecież wiadomo, że nie chodzi o proste, tanie, masowe wina. Skoro jest tak duża dostępność win to jest to argument przecież ZA odkładaniem, a nie przeciw? Langwedocja do picia, a Bordeaux do piwnicy. To mój punkt widzenia, a nie nakaz…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *