O kolarstwie, drożyźnie i Teso la Monja – „Victorino”

Lubisz oglądać kolarstwo? Ja nawet w dawnych latach fascynacji kibicowskich i sportowych nie dawałem rady patrzeć przez pięć godzin na jadący peleton, w którym najciekawsze było wyrzucanie pustych bidonów na wodę. Transmisja zwykle mogłaby zaczynać się na kilka kilometrów przed metą, chociaż komentatorzy Eurosportu dokonywali cudów oratorskich by przez pół dnia utrzymać kibica przed ekranem. W świecie kolarskich wyścigów wieloetapowych liczą się głównie trzy kraje: Tour de France, Giro d’Italia i Vuelta España – analogia z mapą największych krajów winiarskich nasuwa się sama.

Ja wystartowałem w miesięcznym Vuelta España dla blogerów, którego zwycięzca pojedzie na targi wina do Hiszpanii.

Gonienie peletonu było dość nużące. Któryś słynny kolarz po zakończeniu kariery na pytanie co zapamiętał najbardziej z tych lat sukcesów odpowiedział: „Przednie koło roweru”. No więc ja zamiast gapić się cały miesiąc na dętkę zsiadam z siodełka pofilozofować. Z perspektywy kibica mam przeczucie, że ten wyścig może stać się interesujący dopiero przed ostatnią prostą. Trzy tygodnie młócki za nami, został już ostatni tydzień blogowego Vuelta España. Nie ma bezpośredniej transmisji, więc nie wiem nawet kto prowadzi, ale zapowiada się na szaleńczy finisz. Czy ktoś oderwie się od stawki? Ktoś przypuści kontratak? Komuś puszczą hamulce? Komuś pęknie guma? Czy wątroby płuca wszystkim wytrzymają? Czy na mecie będą przeprowadzone badania alkomatem antydopingowe? Kto okaże się cudownym dzieckiem dwóch pedałów(copyrights by Bohdan Tomaszewski)?

W oczekiwaniu na transmisję z finiszu

Ja przejechałem trzy etapy po Rioja, postanowiłem też zabrać się na 300-kilometrowy morderczy etap do Toro. Ale warto było, na mecie czekały króliczki Playboya konkretne wina. Wina w Toro nie potrafią być tak zróżnicowane jak w Rioja, ale apelacja jest dużo mniejsza, klimat jednolity i szczep czerwony praktycznie jeden. Dzięki ubogim kamienistym glebom, gorącemu latu, wiatrom, niewielkim opadom i grubszym skórkom klonu tempranillo (lokalnie tinta de toro) powstają wina kulturystyczne, zwykle znacznie masywniejsze niż w Rioja. Za pradawnych czasów króla Alfonsa IX na królewski dwór w Valladolid dostarczano wina właśnie z Toro z zawartością alkoholu dochodzącą do…18 %. Dopiero pod koniec ubiegłego wieku rodzina Egurenów i Manuel Fariña przyspieszyli czas zbiorów i obniżyli poziom alkoholu. Obecnie apelacja Toro jest jedną z nielicznych, która wyznacza górną granicę zawartości alkoholu w winach – 15 %. I inna ciekawostka – jeszcze w 1998 roku było tu ledwie osiem winiarni.

TESO LA MONJA – „Victorino 2011”

Powstaje z 45-letnich nieszczepionych krzewów. Ze względu na dużą ilość gleby piaskowej mszyca filoksera nie zagraża winoroślom (mimo wszystko nowe krzaki w Toro muszą być sadzone na podkładkach amerykańskich odpornych na mszycę).

Bardzo długi korek, bardzo fioletowa barwa. Pierwsza oczywista konkluzja: niby rocznik 2011, ale wino młode i warte starzenia. Nos nie jest bardzo kompleksowy, ale głęboki, ciemny, tak gęsty, że niemal może zakręcić w głowie. Świeże owoce leśne, ciemna czekolada, gałka muszkatołowa, kakao, nutka cedru.

Usta bardzo młodzieńcze, z potężną ekstrakcją niespotykaną w Rioja. Można zrozumieć czemu lokalni twierdzą „Pijąc Toro będziesz najedzony”. Ale człowiek nie świnia, nie chce tylko się nażreć, a wielu wyżyłowanym gęstym winom z Toro brakuje zrównoważenia. Jednak „Victorino” ma soczystość, super dojrzały i nadal młody czerwony owoc, braku kwasowości nie wyczuwam. Tanina przejawia się dopiero przyjemnym mrowieniem warg po wypiciu, będąc takim quality proof. Drugiego dnia nie było żadnej utraty jakości.

Ocena: 92 p. Cena: ok. 150 zł. (zakup prywatny, wino bez polskiego importera)

Gdy niedawno w Ambasadzie Hiszpanii degustowaliśmy wina z Toro, Julio Cesar Sobrino wspomniał o wysokich cenach niektórych Toro, zaliczając „Victorino” do win, których pewnie nie piliśmy i pewnie nie kupimy. No, akurat „Victorino” nie należy do kategorii dóbr luksusowych, wydane 150 złotych było umiarkowaną okazją. Choć faktem dla win hiszpańskich jest zadziwiające rozwarstwienie cenowe. Teso La Monja założone dość niedawno przez słynną winiarską rodzinę Eguren robi oprócz „Victorino” kilka win. Najdroższe jest ze stuletnich pre-filokserycznych krzewów i ściga się w wyścigu cenowym z Pingusem (Ribera del Duero) i L’Ermitą (Priorat), a prowadzenie zmienia się chyba co rok. Ostatnio milionerzy do koszyka wrzucają L’Ermitę 2013 za ponad 1500 euro, której cena wynika chyba z pomnożenia wydajności z hektara przez sto punktów Roberta Parkera.

 

Za butelkę „Victorino” mógłbym kupić l’Ermity dokładnie tyle:

Łyżka stołowa, pojemność 15 ml.

Lub zamiast całej butelki kupić:

Można też zastanowić się czy z L’Ermity nie zrezygnować na rzecz biletów lotniczych we dwie strony dla czterech osób do Azji. W dodatku, jeśli masz dwójkę dzieci to przecież zaoszczędzasz tysiąc złotych dzięki programowi rządowemu.

 

Wracając do Vuelta España, po wylądowaniu na etapie w Toro jadę dalej swoim tempem w myśl szlachetnej olimpijskiej zasady, że liczy się udział. Słuszność mojego podejścia potwierdzają przypadki sportowych outsiderów, którzy wywoływali zainteresowanie większe od zawodowców kończących na podium. Na przykład na Olimpiadzie w Sydney 2000 pływak z Gwinei Równikowej został gwiazdą, gdy półżywy samodzielnie przepłynął (i nie utonął) 100 metrów. Jak na pierwszy jego start w zawodach pływackich w życiu, nie było wstydu.

Życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz co ci się trafi (copyrights by Forrest Gump). Po prostu Eryk Węgorz (taki otrzymał przydomek w mediach) jako jedyny odpowiedział na radiowy apel Komitetu Olimpijskiego Gwinei Równikowej o castingu do występu na Olimpiadzie w pływaniu. Zweryfikowano więc tylko, że Eric faktycznie umie pływać, a że pływanie olimpijskie nie okazało się jego mocną stroną to całkiem inna opowieść…

W każdym razie ostatni na mecie może być bardziej interesujący od drugiego.

4 thoughts on “O kolarstwie, drożyźnie i Teso la Monja – „Victorino”

  1. Kto ogląda cały etap? a co dopiero Tour? Ja ostatnie 10 minut i prawie całe wyścigi kobiet (wiadomo) :D: laski jada krócej i więcej się dzieje – sporo ucieczek, pościgów:D PZDR

    1. Gdyby nikt nie oglądał to nie byłoby transmisji, a takie Tour de France leci w Eurosporcie od startu do mety. W polskim Sejmie ostatnio dzieje się dużo więcej 🙂

    1. No, proszę. O Sierra Cantabrii w El Catador wiem, bo nawet niedawno próbowałem, ten Twój wpis rok temu też czytałem, ale zapomniałem. Sprawdziłem teraz, że mają w ofercie „Victorino 2013”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *