Podróże nieduże. Kraków Wine Expo.

Lubię być w drodze. W znaczeniu dosłownym, nie szukaj metafor. A w drodze do czego? Oglądanie kupy gruzu sprzed tysiąclecia to może interesujący pomysł, ale pewnie znacie ten pytajnik kiełkujący w głowie: „A czy jest tam wino?”.

W Krakowie w ostatnich dniach odbyły się dwa istotne eventy. Na uroczyste odkopanie resztek Prezydenta Poległego Pod Smoleńskiem przyjechałem dzień za późno, ale wylądowałem (choć pokonując drogę lądową) na targach Wine Expo.

"Nie ma bunkrów, ale też jest zajebiście!" I czadowo!
„Nie ma bunkrów, ale też jest zajebiście!” I czadowo!

Dominowała ludność tubylcza. Czemu brakowało napływowej z Warszawy? Pewnie w niektórych przypadkach przeważyła niechęć do wzięcia dwóch dni urlopu. Argumentu finansowego nie łykam. Podsumowanie kosztów Warszawiaka dwudniowego tournée w Krakowie:

Transport- 40 zł (Polski Bus + komunikacja miejska)

Nocleg- 40 zł (hostel)

Uczestnictwo w Wine Expo- 0 zł (branżyści free, darmowa rejestracja dla każdego Zenka Martyniuka z odrobiną wyobraźni przy wypełnianiu formularza)

Kosztów wyżywienia nie doliczam, ponieważ ominąłem restauracje, a KFC i croissant z kawą w Żabce obciążają co najwyżej organizm, a nie portfel. Dwa dni dyspensy: fast foodu zamiast chwast foodu. Czy muszę dodawać, że czas wolny od targów można sobie dowolnie zorganizować? Ja wybrałem włóczęgę po Cmentarzu Rakowickim, a potem tropienie poety z lat 50. Andrzeja Bursy. Mieszkał on na Garncarskiej, ale od tamtych czasów elewacja, wnętrze i przeznaczenie kamienicy zmieniły się znacznie: z czynszówek na oddział onkologiczny. Wbiłem się do  sutenera sutereny, gdzie wiekowy stróż nocny na moje pytanie o Bursę odpowiedział mniej więcej, że tu żadnej bursy nigdy nie było, a teraz jest onkologia.

Pierwszy raz w życiu zarezerwowałem nocleg w hostelu w zbiorczej czterołóżkowej sali. Kompana miałem tylko jednego, za to swoją specyfiką wystarczał za tuzin. Krakus z pochodzenia, ale z zacięciem do włóczęgostwa. Zwiedził prawie wszystkie kraje świata, co byłoby dla mnie ciekawe, gdyby nie jego nieznośny manieryzm i natrętność. Cały czas chciał mi pokazywać zdjęcia siebie na tle czegoś tam, a zwłaszcza z kimś tam: a to z Cejrowskim na pustyni, z panią Taittinger (od tych szampanów) w St. Tropez, z Trumpem podczas kampanii wyborczej, z karabinem w brazylijskiej faweli, itd. Ze mną nie chciał mieć zdjęcia. Granica absurdu została przekroczona, gdy nagle przeszedł na angielski i francuski. Dwóch Polaków rozmawiających w krakowskim hostelu w językach obcych? Gdy zacząłem przypuszczać, że następnym krokiem w samochwalstwie kompana będzie mierzenie kutasa, przeniosłem się ostentacyjnie z książką na łóżko. Towarzysz z pokoju i tak mówił zbyt szybko i zbyt niewyraźnie. Całą noc oglądał swoje filmy podróżnicze w telefonie, ale o rodzaj zażywanych stymulatorów go nie spytałem. Na krótką metę facet ciekawy, ale o świcie ku mojej uldze pożegnaliśmy się.

Teraz o targach. Określane bywają największą krajową imprezą winiarską. Nie wiem czy są największą, ale w mojej ocenie raczej nie są najlepszą. Win świetnych niewiele, zauważalne było skalibrowanie ofert na eksportowanie do Polski win średnich w średnich cenach. Dla miłośników win bardzo dobrych i lepszych grzmotów i piorunów raczej nie było. Mam wrażenie też, że popełniłem błąd taktyczny przywdziewając garnitur. Galowa konfekcja mogła sugerować poważne zamiary, a ja przyjechałem tylko się napić. Niektórzy winiarze łatwo nie odpuszczali, upierali się dawać wizytówki, otwierali specjalnie dla mnie amarone, jedna pani chciała mi nawet wysłać świąteczną paczkę win z Włoch…

Sporo czasu spędziłem na kilku seminariach. Najwięcej obiecywałem sobie po degustacji starych białych win słoweńskich Puklavec&Friends mieszczącej się w głębi kraju w regionie Podravje. Moje oczekiwania były nadmierne, rozpasane genialnością starych chorwackich graševin z Kutjeva próbowanych na warszawskim Wine Expo. Tutaj lista win wyglądała intrygująco: między innymi furmint i riesling z 1971 roku, pinot grigio i pinot blanc spätlese z 1983. Z sześciu starych win smakował mi tylko staruszek furmint, na którego 9 g. kwasów działa jak respirator. W zapachu doszukałem się obitych jabłek, lipy i pyłków pszczelich. W doznaniach smakowych zanotowałem miłą kwasowość i lekkość, pigwę i inne żółte owoce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ale sauvignon blanc, riesling i chardonnay odrzuciły mnie sfermentowanymi kiszonymi warzywami. Żadne natomiast nie przedstawiało klasycznych karmelowo – orzechowych ociężałych nut utlenienia starych białych win. Wszystkie wina były i są do kupienia u producenta, ale kwota euro za rzeczonego rieslinga 71 chyba została wklejona z pozycji rocznik??? Na koniec jako osłoda nadszedł dobry Welschriesling TBA 2006 – 235 g. cukru, 8 g. kwasów, niecałe 10 % alkoholu. Aromaty krówki, fig, likieru morelowego, smak klasycznie suszonych owoców: śliwek czy daktyli.

Bardziej typowo, ale smaczniej było na seminarium „Generation Riesling”. Ten nieformalny ruch staje się dość znany w światku winiarskim. Należeć do niego mogą winiarze lub bliskie im osoby (np.: enolodzy, marketingowcy) z całego świata, w dodatku uprawiający dowolne szczepy, ten riesling w nazwie jest więc tylko symbolem. Członkostwo nie wiąże się z żadnymi składkami i legitymacjami. Teoretycznie obowiązuje górna granica wiekowa 35 lat, ale gdy winiarz ma młodszą żonę to nadal może sobie działać w grupie. Grupę Generation Riesling stanowią głównie młodzi niemieccy winiarze, o nowoczesnym podejściu do wytwarzania win, z naciskiem na, jak to się ładnie mówi „ekspresję terroir” i wytrawność w smaku w opozycji do tradycji słodszych rieslingów ojców i dziadów.

Cenzus do lat 35 w Generation Riesling jest dość umowny
Cenzus do lat 35 w Generation Riesling jest dość umowny

Przez dwie i pół godziny skonsumowaliśmy kilkanaście niemieckich win od nowoczesnych, młodych, zdolnych i ambitnych wilczków. Nie ma sensu przytaczaniu moich opisów, ale szczególnie podobał mi się Weingut Braun „Riesling 2 Punkt 0 Riesling 2015”, którego wcześniejszy rocznik leży sobie w mojej piwnicy i czeka. Dojrzewanie w dużych beczkach nadało temu lekkiemu i świeżemu rieslingowi smakowitej waniliowo – krówkowej kremowości. Ma potencjał na sporą karierę jak Krakus Bartosz Kapustka.

Znany dziennikarz winiarski i słynny bard bez przesławnego zięcia. Niestety trzeźwi i spokojni.
Znany dziennikarz winiarski i słynny bard bez przesławnego zięcia. Niestety trzeźwi i spokojni.

Z win nalewanych tylko przy stoiskach moim faworytem chyba był Aalto 2012 – typowa, ale bardzo wysokiej jakości Ribera del Duero. Nos ciemno owocowo – kawowy, w klimatach zapachów garbowanej skóry i piwnicy. Ekstrakt, niski zbiór, gęsty jagodowy koktajl, długi smak i długowieczny potencjał. Tzw. wino poważne i niekarykaturalne. Piłbym!

Na targach spędziłem dwa dni, wracałem do Warszawy późnym wieczorem. Żałowałem trochę, że nie wziąłem do poczytania czegoś stosownego dla człowieka w drodze, jakiegoś Bukowskiego albo Kerouaka. Starałem się czytać coś innego, ale nie zgadniecie na jaki punkt skierowane były lampki halogenowe w autokarze. Jeśli uważacie, że na wysokość kolan to jesteście w błędzie. Na nos, gapy, na nos!

Podróżowałem na koszt własny. Piłem na koszt cudzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *