Wspomnienia z cyklu „Co mnie kręci, co mnie podnieca”

Co może zainspirować do nowego wpisu na blogu? A choćby i skrzynka na listy. Od paru tygodni uchylałem klapę w oczekiwaniu na konkretną przesyłkę. A ona z premedytacją nie chciała przyjść i mówiła „Zatęsknij mocniej”. Za to pisały do mnie wszystkie okoliczne pizzerie, ktoś chciał mi wymienić drzwi, kablówkę, prąd, gaz i już nie pamiętam co tam jeszcze można wymienić w niespełna trzydziestu metrach kwadratowych. Mogłem pozbyć się szczurów. Mogłem wysłać co łaska pięćdziesiąt złotych jakimś braciszkom zakonnym i nie wysłałem, bo błogosławieństwa, życzenia, cudowny medalik i numer rachunku bankowego przeznaczone były pani Genowefie Radzkiej. Świeć, panie nad jej duszą, gdyby zeszła rok później ze świata na trzecim piętrze bloku na warszawskich Bielanach, mieszkałbym gdzie indziej. Bo ceny mieszkań skoczyły jak Małysz w tamtych latach (lotach) w Willingen.

Wreszcie na kilka dni przed galą Grand Prix dostałem nowy numer Magazynu Wino. MW zaspokaja równocześnie moje dwa łaknienia: wiedzy o winie i porządnej wycyzelowanej literatury. Co prawda do dzisiaj nie umiem odnaleźć w białym winie zapachów werbeny i liścia kafiru, a jazdę na nartach w Dolomitach mogę tylko obejrzeć w Eurosporcie, ale z nowego numeru odhaczyłem już sklarowanie masła (tylko wyszło mi karmelowej barwy zamiast złotej) oraz zakup polecanych butelek langwedockiego sauvignona i australijskiego shiraza.

Bez książki lub czasopisma czułbym się w metrze jak beduin bez wielbłąda na pustyni. Przy okazji czytania nowego numeru Magazynu Wino postanowiłem zerknąć przez ramię w przeszłość, co kiedyś było mi niezbędne do czytania. Owoc tych reminiscencji przedstawię w porządku chronologicznym.

Przegląd Sportowy

W całym XXI wieku kupiłem tylko kilka razy specjalne wydania tej gazety. Za to dawien dawno, w wakacje spędzane na lubelskiej wsi w czasach post PGR-owskich potrafiłem pójść piechotą dwadzieścia kilometrów do kiosku po Przegląd Sportowy z … dnia poprzedniego – tak dojeżdżała wtedy prasa do gmin. Letnie i zimowe olimpiady biły na głowę w hierarchii spraw ważnych oceny szkolne i denominację złotówki. Analizując drabinkę eliminacyjną judoków w kategorii do 60 kg przeprowadzałem swoją symulację wyników, po których ustalałem kolejność zawodników na podium. I tak w każdej dyscyplinie. Miałem takie odpały i tak chłonne zwoje mózgowe, że za butelkę pinota mogę wyrecytować rok urodzenia, pozycję na boisku i przynależności klubowe dowolnego piłkarza z trzeciej ligi z lat 90. Przeglądowi Sportowemu zawdzięczam przetrwanie lekcji geometrii i guza na czole od latarni, która niespodzianie dla czytelnika wyrosła przy liceum. Na spotkaniu klasowym po wielu latach koleżanki wspominały, że kojarzę się im z nosem w gazecie. Niestety tego już nie da się naprawić.

Fanziny

Słowo fanzine jest dla mnie tak jasne jak kasza, metro i Wikipedia, ale zacytuję: „nonprofessional and nonofficial publication produced by fans of a particular cultural phenonemon (such as a literary or musical genre). Piłka nożna zaczęła być za ciasna dla buntu wobec świata, więc wsiąkłem w ruch hard core/punk. Wtedy hard core nie kojarzył się nikomu z pornosami, zresztą ludziom nie kojarzył się z niczym, moi rówieśnicy w liceum nawet nie słyszeli o takiej muzyce. Muzyczna scena niezależna, koncerty, przyjaźnie i podróże, postawa życiowa, lewicowa i ekologiczna aktywność, idee Do It Yourself i straight edge. Hardcore’owo-punkowe fanziny z lat 90. były fenomenem na małą skalę, współcześnie niełatwym do zrozumienia. Setki pisemek robionych przez maniaków, często pisanych na maszynie i kserowanych bez żadnej obróbki introligatorskiej. Kupowałem te fanziny na giełdach punkowych, przez Pocztę Polską albo zwyczajnie odwiedzając autora. Z punkowej muzyki trochę wyrosłem, z niezależnego myślenia – nie.

Punkowa kapela Iskra i jej frontman!
Punkowa kapela Iskra i jej frontman!

Czym jest idea straight edge, związana z hard core’ową sceną muzyczną, szczególnie ciekawa w kontekście winnego bloga? Otóż credem dla straight edge jest życie bez używek: żadnego alkoholu, papierosów, narkotyków i mięsa. Czy w tamtych latach przyszła mi myśl, że zwiążę się pasją i pracą z winami? No fucking way. O ile wstręt do petów pozostanie mi na resztę życia to wobec win… cóż, mój radykalizm po wielu latach nieco złagodniał i jakoś przed trzydziestką wykreśliłem to przykazanie ze swojego dekalogu. Dekadę temu mieszkając w Brukseli przekonałem się, że Belgia piwami stoi i trochę wsiąkłem w tę kulturę. Na wino potrzebowałem jeszcze kilku lat dojrzewania.

Oto moja pierwsza kolekcja:

img_2249

I pierwsze domowe recenzje w piwnej biblioteczce:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Muscle, Flex

Tak, tak. W swoim życiu przechodziłem później etap, gdy najważniejsze było prawidłowe wykonanie serii wiosłowania sztangą w opadzie tułowia nachwytem z uchwytem poprzecznym. W kiosku Ruchu wypatrywałem nowego numeru ww. pism, szukałem pod Halą Banacha i przy Dworcu Centralnym starych numerów. Schorzenie przybierało niebezpieczne rozmiary. Na spływy do kajaka zabierałem wiaderko z odżywką ściśle przestrzegając harmonogramu posiłków i suplementacji. Wtedy douczałem angielskiego dzieci w podstawówce, któregoś dnia pochwaliły mi się zrobionymi na Wielkanoc pisankami. Ja w nich (w pisankach, nie w dzieciach) widziałem tylko źródło białka o najwyższej w przyrodzie wartości biologicznej. Sorry, dzieciaki, za te pisanki…

Wichura, Rysy i szpan
Wichura, Rysy i szpan

Świat Brydża

Gdy pompowanie mięśni równoległobocznych i najszerszych grzbietu trochę zaczęło mnie nudzić przerzuciłem się na rozrywkę intelektualną. W brydża zacząłem grać w liceum, ale dopiero po rozbudowaniu muskulatury zacząłem namiętnie rzucać kartami zamiast sztangą. Moją nową pasją stały się atutowe przymusy wahadłowe, dwukolorówki Michaelsa i Lebensohle transferowe po otwarciu 1 bez atu. Każde rozdanie z książki czy Świata Brydża musiałem przeanalizować i rozegrać w głowie samodzielnie. Brydżowa pasja raczej nigdy mi nie przejdzie. Aha, tylko nie mówcie, że jeśli chodzi o karty to gracie w pokerka. Brydż to nie gra karciana – odsyłam do zgrabnego tłumaczenia Jana Kobuszewskiego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szejk rządzący Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi właśnie zniósł podatki na produkcję, druk, sprzedaż książek i wymógł na lokalach gastronomicznych położonych w centrach handlowych posiadanie biblioteczek z książkami do dyspozycji swoich gości. Ja mam skromniejsze życzenie – żeby jeden wagon w metrze był dla czytających książki, a nie Facebooka.

Ten mój wpis podsumował niechcący piórem Marka Bieńczyka właściciel winiarni Isole e Olena. Chwilę temu przeczytałem na Winicjatywie historię jak Paolo de Marchi przyjechał do Warszawy opowiadać nie o swoich winach, a o swoim życiu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *