Analiza radości i udręk miłośnika win na podstawie degustacji M&P Pawlina

Na kanapie siedzi leń, pije wino cały dzień.

Po niedzieli spędzonej sam na sam z przyzwoitym, aczkolwiek chociaż niezachwycającym burgundem wypadało rozprostować członki i paluchy, na przykład postukać chociaż w klawiaturę. A okazja ku temu zaistniała już niemal miesiąc temu. Taki mam cykl wydawniczy…

Na coroczną degustację przedsiębiorstwa M&P Pawlina ostrzyłem od dawna kubki smakowe. No bo ilu wymienicie importerów szlachetnego trunku wina, którzy organizują całodzienną degustację? Do nurzania się w bachicznej rozpuście niezbędny był tylko wzięty dzień wolny od pracy. Pamiętałem też awansem zjeść kaloryczny posiłek zwany w mowie potocznej śniadaniem. Według znanego przysłowia jedyny posiłek dnia pozbawiony winnego komponentu.

Od południa było już tylko wino, zagryzane od czasu do czasu kawałkiem bułki z koszyczka, gdy tylko udało się uprzedzić inne ręce.

No i właśnie tym zgrabnym pasażem prześlizgnę się do zagadnień odnoszących się do tytułu felietonu. Co lubię, czego nie lubię na degustacji, skupiając się na jednej, z potężnej dyskografii M&P Pawliny.

Plusy dodatnie:

  1. Trzy wizerunki Mieszka I zapewniające akces do setek, setek butelek. I to nie biedronkowych spadów, dobrych producentów od cholery, zwykle obecnych osobiście przy swoich winach.
  2. Dziewięć godzin przy winopoju. Tym razem nie czułem się jak rogacizna nad strumykiem w sąsiedztwie ambony myśliwskiej (czyli dwa łyki i w nogi).
  3. Świetna mapa i brulion festiwalowy. Znalezienie komnaty z producentem z Nowej Zelandii proste. Przynajmniej tak jakoś do drugiej wypitej butelki wina.
  4. Prawidłowe temperatury. Mało co tak wkurwia jak ciepła wódka butelka białego, a nie wszyscy z tym umieją sobie poradzić na degustacjach. Na przykład pani z czeskiej winnicy tydzień później.
  5. Ceny festiwalowe! Wielka wyprz przez ponad tydzień po zakończeniu festiwalu. Wina w cenniku powyżej kwoty 100 złotych ścięte o połowę. Wydałem z głową ponad półtora tysiąca na bardzo dobry stosunek. Cen do jakości.
  6. Prezencik na dobranoc. Co prawda jakieś półwytrawne stołowe z Hiszpanii, zabutelkowane specjalnie dla importera, ale mimo wszystko…
  7. Mnóstwo zwykłych amatorów wina, wśród których elita była igłą w stogu siana. Czyli jakieś chęci w narodzie na picie wina są. W dodatku naród uzyskiwał cierpliwe odpowiedzi obsługi na wszelkie pytania, np.: skąd się bierze kolor różowy w winie. Spore otrzaskanie bojowe i profesjonalizm załogi Pawliny.
Ciemny tłum kłębił się i wyciągał ręce / Wciąż było mało i ciągle chciał więcej
Ciemny tłum kłębił się i wyciągał ręce / Wciąż było mało i ciągle chciał więcej

Plusy ujemne:

  1. Patrz poniekąd punkt 6 powyżej. Tłumy jak na Anioł Pański na Placu św. Piotra w Watykanie. Walka o miejsce stojące przy stoliku, blokowane czasem przez osoby konwersujące jak na coctail party. Trochę uciążliwe, choć obyło się chyba bez rękoczynów i omdleń.
  2. Czepiam się na siłę, ale napomknąłem już, że brakowało zagrychy. Nie jestem chamem, który przychodzi dla bufetu i nażreć się, ale tych bagietkowych popychaczy nie zaszkodzi większa ilość.
  3. Trzeci i ostatni, za to dość złożony. Dwie godziny od rozpoczęcia degustacji po najsłynniejszych winach: barolo, chateauneuf czy amarone zostały puste butelki. Chciałem spróbować ich przed zakupem, ale uprzedziły mnie na przykład panie zainteresowane półwytrawnymi, no ale skoro nie ma to niech będzie to co jest. Na przykład amarone Speri. Nie jestem pewny jakie wdrożyć usprawnienie w takiej sytuacji. Czy reglamentować najlepsze wina na podstawie legitymacji zasłużonego degustatora? Ale z drugiej strony częstować dobrym chateauneuf każdego po kolei, gdy jest przewidziana jedna butelka? Przychodząc na takie degustacje odczuwam w pewnym momencie silne pobudzenie synaps na dendrytach neuronów czyli irytację. W szkole uczyli, żeby od gry wstępnej przechodzić do stosunku, a okazuje się, że trzeba odwrotnie. Zacząć od orgazmu, a potem szukać przyjemności w lekkich pieszczotach. Bo nie umiem osiągnąć orgazmu od urugwajskiego chardonnay.

 

Picie wina nie traktuję snobistycznie. Fajnie, gdy trafia do mas. Mimo to wytrawnego miłośnika trochę może razić istotna kwestia wytrawności win i częste pytania o jakieś półsłodkie. Tym odróżniają się takie degustacje od branżowych, ale czy to jest wada? Ot, raczej logiczna rzeczywistość.

Wynik końcowy 6-2 czyli impreza dla mnie zdecydowanie udana. Z zakupów festiwalowych osuszyłem już dwie butelki i z nich też jestem zadowolony.

TALINAY – „Tabali Sauvignon Blanc 2014”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Efektowny kształt butelki i design sugeruje elegancką zawartość. I zawartość potwierdza. Łagodnie trawiaste aromaty, subtelne zioła, z tymiankiem, sianem, drugą nutą marakui.

W ustach bardzo wyraźna soczystość zielonych kwaskowych jabłuszek i cytrusów, wyciąg z pokrzyw, szparagi, krucha kwasowość. Bardzo dobra struktura i finezja. Takie sauvignony z Chile lubię, niewulgarne, niebanalne, niebananowe, niezbyt nowoświatowe. Dolina Limari, w glebie dużo kredy, zbocze przy oceanie. Sprawdziłem noty z Decantera, recenzujący je jakiś Chilijczyk rozpędził się patriotycznie i sieknął 95 punktów. Wine Advocate też hojny – tak na 93.

Ja daję 87 p., co u mnie oznacza dobra łamane na bardzo dobre. Cena regularna 75 zł adekwatna, festiwalowo było świetne 45 zł. A wino się rozwinie przez kilka lat i nawet żałuję, że nie kupiłem drugiej butelki do piwnicy.

MASSOLINI – „Langhe Nebbiolo 2009”

Kolor karmazynowy. Zmysłowy i ładny zapach: truskawki, słodkie dojrzałe maliny, poszycie leśne, galaretka różana. Rozłożyste usta, stanowcze stanowią mocne rusztowanie, na którym wspiera się słodycz lekkich truskawek. Jest tu pewna soczystość, ale pochodząca od oszczędnego jeżynowego owocu. Tematem przewodnim tego piemonckiego nebbiolo (szczepu, z którego robi się też barolo i barbaresco) nie jest owocowość, a precyzja struktury, tego jak na siebie oddziałują tanina, ciało, alkohol. Twardy finisz drobnego, trochę szypułkowego garbnika. To wino z kolei już się nie rozwinie, a nawet przeciwnie. Drugiego dnia wątleje.

Ocena: 88 p. Cena regularna 124 zł do zaakceptowania może być tylko przy świeższym roczniku, ja wybrałem 2009, ale za pół ceny – więc nie narzekam.

 

Na samym festiwalu podobały mi się na przykład takie wina:

CAPARZO – „Ca del Pazzo 2012” (145 zł) – supertoskan, pół na pół caberneta z sangiovese. Zapach przypominał mi beczkowe montepulciano: kwiaty, czerwone owoce, słodkie przyprawy. Niezbyt cieliste, o smaku czerwonych owoców, z soczystą kwasowością i ładną taniczną końcówką.

PRADOREY – „Finca La Mina Reserva 2009” (145 zł) – z Ribera del Duero. Rozwinięte, dużo kawy, korzeń lukrecji, jeżyny. Usta lekkie, ale w przełyku zaskoczył zwarty owoc i tanina jak papier ścierny. 15 % alkoholu, ale mile wkomponowanego dla podniebienia.

RECANATI – „Marselan Reserve 2013” (189 zł) – izraelski producent, nieznany zbytnio szczep marselan. Młode, ale już świetne i harmonijne, wyraźne i słodkie, pełne świeżych ciemnych owoców.

Spróbowanie tego ostatniego wina przypomniało mi o starszej degustacji w „Wino&Friends” katalońskich win Can Rafols z Penedes:

CAN CAMPS – „Pedradura 2006”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Też szczep marselan. Zostawia gęste łzy w kieliszku. W nosie balsamiczne, czarne wiśnie, espresso, słodkie. Usta: dużo treści przy smukłym ciele, równowaga, wyraźne i gładkie garbniki, lekko rozwinięte. Owoc złagodzony wiekiem. Wiele lat przetrzymane w beczce i butelce, dopiero niedawno wypuszczone do sprzedaży. Dostępne dzięki importowi „Pod Pretextem”, cena oscyluje około stówki. Doskonałe!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *