Winny idzie do kina – wiedz, że coś się dzieje

Genialny amerykański szachista Bobby Fischer w dawnych czasach został zapytany przez dziennikarza o zdanie na temat jakiegoś wyjątkowo ważnego wydarzenia typu Watergate czy lądowanie na Marsie. Odpowiedział: – A co to ma wspólnego z szachami? Uprzedzam, że ten wpis nie ma nic wspólnego z winem, tylko z kinem. I muzyką. Nie jestem znawcą filmowym, nie chcę też odbierać czytelników Piotrowi z bloga „Z winem do kina”, niech nadal zarabia uczciwie na chleb (i wino). Ja w ogóle nie lubię chodzić do kina. A szczególnie nie chodzę na filmy polskie. Kilka dni temu poszedłem pierwszy raz w tym roku do kina i to na polski film. Na ten film musiałem.

Zwykle miejskie billboardy reklamowe premier filmowych są zarezerwowany dla nieśmiesznych komedii i banalnych hollywoodzkich romansideł. Od niedawna natykam się na reklamy filmu o innym ciężarze artystycznym, w dodatku polskiego debiutu reżyserskiego.

„Ostatnia rodzina”. Świetny sakralny tytuł. Święta rodzina. Ostatnia wieczerza. Beksińscy. Po nich nie ma już nikogo. Jest tylko koniec.

Gdy ma się lat naście plus muzyka wydaje się być czymś najważniejszym na świecie. W tych pięknych i coraz odleglejszych czasach audycje radiowe Tomasza Beksińskiego towarzyszyły mi przed snem, a jego felietony muzyczne pomagały w dotrwaniu do dzwonka szkolnego na przerwę. Do malarstwa Zdzisława dorosłem nieco później. Obaj niezależnie od siebie budzili moje zainteresowanie swoją twórczością, choć na pewno nie popadałem wobec nich w idolizm. Nie byłem chyba zdeterminowany poznać ich osobiście, a potrafiłem pojechać na jakieś pola i łąki na francuskie Wypiździewo tylko dla van Gogha.

 

Beksińscy są postaciami mniej legendarnymi, ale dla mnie bardziej namacalnymi, realnymi niż van Gogh. Żyli w czasach współczesnych, mieszkali w innej dzielnicy mojego miasta. Obrazy Zdzisława wydają mi się fascynujące, ale Tomasz zdawał mi się jeszcze bliższy więzami muzycznymi i wiekowymi. Dzisiaj wyszukanie dowolnego utworu w dowolnej chwili bywa łatwiejsze od znalezienia kapci. Dwadzieścia lat temu ambitna muzyka rockowa w radio spełniała trudną obecnie do zrozumienia funkcję. Wiedza na temat muzycznych idoli pochodziła z informacji w miesięczniku „Tylko rock”. Płyty kompaktowe były dość nowym i drogim rarytasem. Wspominając film „Ostatnia rodzina” wspominam też dzięki Tomkowi czasy, gdy kupowałem za ostatnie pieniądze czyste kasety magnetofonowe i z wypiekami na policzkach wybierałem płyty CD, które mi na nie nagrywano w nagrywalniach kaset. Ile emocji przynosiło mi wyliczanie, które płyty wybrać do nagrywania na kasetę 90-minutową, żeby nie było żadnej straty czasowej taśmy!

Pamiętam też polowania na piosenki w audycjach takich jak Beksińskiego w radiowej Trójce, gdy trzymałem palec na przycisku „record” w magnetofonie. Skąd brać teksty piosenek anglojęzycznych, gdy nie można było kupić płyty CD? W Warszawie było kilka sklepików rockowych z półamatorskimi mini książeczkami z tekstami i przekładami. Do powstania www.tekstowo.pl potrzeba było jeszcze kilkunastu lat.

W latach 90. w płyty winylowe zaopatrywałem się w legendarnym warszawskim klubie Hybrydy (nie, nie miał nic wspólnego z winami i gatunkami winorośli). Tomek nieco wcześniej handlował w tym klubie płytami. Przynosił maksymalnie kilkanaście płyt określając się jako „plankton giełdowy”, w przeciwieństwie do „rekinów giełdowych” z walizkami płyt do sprzedaży.

Ten film musiał kiedyś powstać. Nie lubię pisania banałów, ale życie Beksińskich i to jak się zakończyło naprawdę było gotowym scenariuszem, w dodatku chodziło o współczesnego malarza i dziennikarza muzycznego.

„Ostatnia rodzina” składa się ze spektakularnych klamer spinających film, od jednego znamiennego wydarzenia do kolejnego. Próba samobójcza, śmierć, demolka mieszkania, śmierć, poznanie z marszandem Dmochowskim, śmierć, smaganie się pejczem z dziewczyną ubraną w pończochy, śmierć. Żeby nie było ponuro, straszno i dramatycznie reżyser pełną garścią zaczerpnął z niekonwencjonalnego poczucia humoru obu Beksińskich. Nierzadko na ekranie robi się lekko i zabawnie: te Tomka przesładzanie herbaty, Zofii chłodzenie ziemniaków suszarką, Zdzisława „Proszę ja ciebie”.

Reżyser Jan Matuszyński postawił na beznamiętną relację, zwłaszcza scen poważniejszych. Sceny umierania nie noszą znamion biblijnego męczennictwa, choć niejednego reżysera taki patos by skusił.

„Ostatnia rodzina” wywołuje wśród odbiorców chyba głównie entuzjazm. Ja nie pretendując do roli krytyka filmowego jestem jednak nieco oszczędniejszy w pochwałach reżyserii i gry aktorskiej. A przede wszystkim trudniej było mi skupić się na smakowaniu historii rodziny Beksińskich ze względu na przedstawienie postaci Tomasza. Dla wielu widzów ten film będzie pierwszym kontaktem z nim. I niestety pozostanie on w ich pamięci jako świrnięty, nieznośny, neurotyczny egocentryk. Idźcie na ten film, bo warto, ale wymażcie ten wizerunek Tomasza.

Jego dobry kolega ze świata muzyki, Wiesław Weiss, niedawno wydał 700-stronicową biografię Tomka Beksińskiego – świadectwo własnej pamięci i pamięci dziesiątek jego przyjaciół i znajomych. Tomek był w kontaktach z ludźmi zwykle uśmiechnięty, z dystansem i dużym poczuciem humoru, czego nie dowiemy się z filmu. Spłaszczone i zwulgaryzowane wydają mi się jego filmowe rozterki miłosne: był osamotnionym bezinteresownym romantykiem i miłosnym idealistą, a nie ofermą panikującą przed zbliżeniem z groupie-modliszką. Wielowymiarowy, a nie zero-jedynkowy jak w większej części obrazu Matuszyńskiego. W ostatnim swoim mailu napisanym w Wigilię 1999 roku na kilka godzin przed samobójstwem napisał, że umieranie nie jest tak straszne jak obawa przed tym, co będą mówić ludzie po śmierci. Tomek swoją pasją inspirował tak wielu ludzi, że należy mu się ten mały memoriał z mojej strony…

Wiem, że biografie są i powinny być przefiltrowane przez reżyserskie szkiełko i kamerę. Reżyser zdecydował się świadomie na ryzykowny krok, który prowokuje żyjących nadal znajomych Tomka do gwałtownego protestu, oburzenia i stanięcia w obronie jego wizerunku. Nie można za to na pewno odmówić Matuszyńskiemu braku przygotowania faktograficznego. Dla kogoś kto zna dobrze biografię Beksińskich dbałość o szczegóły w tym filmie wzbudzi wręcz czasem zdumienie. Nawet aktorzy fizycznie przypominają bohaterów. Choć postać Tomka jest groteskową aberracją – bo przecież on nie chodził tak koślawo, nie dławił się i nie gulgotał jak Dawid Ogrodnik!

Ojciec i syn byli nietuzinkowi, ekscentryczni, błyskotliwi i barwni. Żona malarza i zarazem mama dziennikarza też odgrywała istotną rolę w życiu i w filmie jako ktoś kto dbał o symetrię dwóch szal wagi. Nie mogłem nie poświęcić jej choć tych dwóch zdań.

Plakat filmowy zawsze okraszony jest jakimś mottem. „Beksińscy, ich tajemnice i przeznaczenie”. Przeznaczenie? Bzdura. Zdzisław nie musiał zostać zamordowany, Tomasz nie musiał odebrać sobie sam życia. Tajemnice? Jeśli mieli to ten film żadnej nie odkrywa. To tylko chwytliwe dwie figury retoryczne na plakacie reklamowym mające zafrapować przechodnia i zaciągnąć do kina. Ale wybaczmy i pójdźmy.

Gdy oglądaliśmy w kinie ten film kilkanaście kilometrów dalej umierał Andrzej Wajda. Kolejny człowiek, którego nie uda mi się już o nic zapytać, a przecież mieszkał nieopodal ode mnie. Ciekaw jeszcze jestem czy wydawcy książkowych biografii zdążą przed jego pogrzebem? Wszak świeży trup sprzedaje się najlepiej, nawiązując do starego tytułu filmowego Wajdy „Wszystko na sprzedaż”.

Kiedyś myszkowałem na warszawskim Ursynowie w poszukiwaniu śladów po Beksińskich. W mieszkaniach po nich żyli już nowi, nieznani im ludzie…

Mieszkanie po Zdzisławie Beksińskim. Współcześnie.
Mieszkanie po Zdzisławie Beksińskim. Współcześnie.
Tak, to ten balkon z ostatniej sceny filmu.
Tak, to ten balkon z ostatniej sceny filmu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *