Robert Borowski. Fragmenty pamiętników, wiosna-lato 2016.

Nie ma nic tak nieświeżego jak wczorajsza gazeta. Na szczęście zajmuję się winem. Wino pośpiechu nie żąda, wydawca deadline’u nie ustawia, Czytelnicy nie piszą skarg. Bloguję kiedy chcę, więc achtung: ten wpis podlega wg obecnych kryteriów pod rubrykę „archeologia”.

28 kwietnia pewien aktor serialowy został skazany za śmiertelne potrącenie kobiety na pasach, w Lotto nikt nie wygrał 20 milionów, a Jarosław zapowiedział spotkanie z opozycją na temat Trybunału Konstytucyjnego. Sami widzicie – nie wydarzyłoby się nic szczególnego, gdyby nie wielka degustacja win australijskich w Warszawie. Szkoda mojego i Waszego czasu na analizowanie wszystkiego co było do wypicia, ale trzy wina zasługują na wieczne uwiecznienie. Niestety nie są to wina na kieszeń pielęgniarki, a pewnie nawet wśród lepiej uposażonych trudno znaleźć skłonnych do wyciągnięcia portfela.

Cena wina mi nie smakuje – to sprzedawcy windują ceny win mnie zachwycających. Przesławne Grange Penfoldsa jest nadal na mojej dalszej drodze życia, ale udało mi się zakosztować na tej degustacji nieoficjalnej drugiej etykiety zwanej Grangem dla biedaków (ziomale z Penfoldsa to chyba nieźli kawalarze) czyli „Penfolds Bin 389” z rocznika 2012. Mieszanka caberneta z shirazem pachnie gorzką czekoladą, kawą, słodkimi przyprawami i jagodami. Świetnie smakuje, ma super owoc, długość, taninę. Ach, mieć skrzynkę i pić jedno co roku…

Co unikalne dla tego poziomu jakościowego Bin 389 i Grange powstają bardziej w wyniku magii winemakera niż terroir – winogrona pochodzą z różnych części kraju, są własne i skupowane. Ciekawe, że pierwsze reakcje ekspertów na Grange w latach 50. były niezbyt entuzjastyczne: „Bardzo dobre wytrawne porto, którego nikt nie kupi, a co dopiero mówić o wypiciu” i „Zeschnięte jagody z roztartymi mrówkami”. Warto przy okazji zauważyć jaką inspiracją dla ambitnych winiarzy na świecie były wina bordoskie jako wzorzec harmonii, elegancji, siły i długowieczności. Bez nich nie byłoby takich win jak Grange, Sassicaia, kultowe wina z Doliny Napa, itd.

Potem spróbowałem dwóch shirazów od Torbrecka i importera Wines United, które zadziałały na mnie jak runda z Kliczką. Torbreck Descendants 2009: smoła, smażone jagody i maliny, lukrecja. Piękne, o smaku smażonych jagód i atramentowej głębi, wspaniale gęste i tnące język. I potem nastapiło opus magnum, po którym można schować długopis i usiąść gdzieś pod drzewem poczytać Sartre’a. Torbreck RunRig 2007 Maciej Świetlik z Wines United nalewał naparstkiem dyskretnie z poziomu kolan spod stolika, ale chwała i za to, w końcu wino wyraża się w czterech cyfrach PLN. Trudno uwierzyć („ciężko uwierzyć” piszą tylko ci, których wiara uwiera, a niewierzącego nic nie uwiera), że wino ma aż 15,5 % – pachnie, pachnie, pachnie – delikatnymi perfumami, kadzidłem, czarnymi oliwkami, czarnymi owocami, wcale nie jest gęste, ale przenikliwe jak spojrzenie oficera śledczego. I tylko pozostało zadziwienie: naprawdę spróbowałem tego nektaru czy wyparował w kieliszku by cieszyć anioły?

Święto nie jest co dzień, od tego czasu minęło blisko miesiące. Trochę czasu nie było mnie na miejscu, niestety ominął mnie zlot Blogosfery z seminarium o barolo i „aferą” Chrzczonowicz kontra część blogerów wyrzuconych na śmietnik historii. Nadeszły wakacyjne ogórki, na szczęście nie wszyscy branżowcy w Warszawie myślą, że winomani leżą na plażach ogrodzeni parawanami.

Sklep „13 Win” na Pradze wrzucił w półki nowozelandzkiego producenta Alpha Domus z Wyspy Północnej. Tłumy na degustacjach w tym miejscu są nową świecką tradycją Warszawy. Konferansjerem był kolega Bazylak, zdegustował / zadegustował (niepotrzebne skreślić) z nami sześć win. Nawet je sobie opisałem, ale zgubiłem kartkę z wrażeniami, więc nie będę zanudzał szczegółami. Wina były przyzwoite, żadnego osobiście nie wyróżniam, ale wyróżniam miejsce i polecam wsiawiakom. Na degustacjach w „13 Win” za równowartość sześciopaku próbuje się sześciu win, można posłuchać prelengenta, pogadać, itede, itepe. Ciekawskich recenzji odsyłam na www.winicjatywa.pl/alpha-domus-the-wingwalker-viognier-2013/.

DSCN1057aaa

Niedawno dwukrotnie odwiedziłem też lokal „Wino&Friends”. Degustacja win portugalskich, głównie vinho verde była dla mnie wydarzeniem bardziej towarzyskim niż smakowym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Zostałem też tam zaproszony na degustację win Inama – klasyka włoskiej apelacji Soave z okolic Wenecji. Krople Wina wprowadzają je do swojego portfolio, ceny nie są promocyjne (80-100 zł) i niełatwo je będzie sprzedawać. Może warszawska gastronomia to łyknie, te białe wina wydają się mieć niezłą użyteczność kulinarną. Najbardziej chciałem spróbować właśnie win dwóch win DOCG Soave w 100% ze szczepu garganega. Inama Soave 2015 pachnie łagodnie gruszką i melonem, jest czyściutkie, mineralne i kwasowe. W słynniejszym Soave Vigneti di Foscarino 2014 można doszukać się tej mitycznej soaviańskiej nuty migdałowej, wino jest gęstsze, bez owocu i surowe jak katedra romańska. Jestem na tak, ale za połowę kwoty. Potem okazało się, że w tej okolicy można też robić dobre czerwone. Carmenere 2014 przebija większość Chilijczyków z tego szczepu. Co prawda mamy kakao, mamy przyprawy, mamy jagody, ale styl przypomina mi bardziej o bordoskich korzeniach. Beczka nie jest napastliwa, ciało delikatniejsze, a kwasowość apetyczna.

DSCN1059aaaa

A tymczasem zamieniam swoje cele w rzeczywistość. Konfucjusz zalecał by robić to co się lubi, a nigdy nie będzie się pracowało. Podjąłem etat w specjaliszczaku. Tym samym wstępuję do elitarnego grona blogujących pracowników sektora winiarskiego. Ktoś mi wytłumaczy dlaczego większość blogerów nie jest związana z winem zawodowo?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *