WWV i WWW. Winny o winie, Vermeerze i o Warsaw Wine Week

Mężczyzny nie poznaje się po tym jak zaczyna. Dla mnie to dobrze, bo miewam dni, że przymierzam się do zablogowania niczym Vermeer do nowego obrazu. Namalował ich w całym życiu około trzydziestu, dzieci spłodził około piętnaścioro – widocznie uznał, że takie proporcje dla malarza są odpowiednie. Jak prawie każdy prawdziwy artysta był średnio ceniony wśród mu współczesnych, dopiero dzisiaj uważany jest za arcymistrza subtelnych scen rodzajowych ukazujących życie flamandzkich mieszczan epoki renesansu.

Nie śmigam klawiaturą z taka finezją jak Vermeer pędzlem (w dodatku tym drugim operował przecież z podobną pasją), ale wyznaję jego zasadę „rzadziej, a lepiej” (i tu, i tam). Nie mam inwencji by codziennie napisać coś zadowalającego mnie samego, za wierszówkę nikt mi nie płaci, produkcyjniaków trzaskać nie chcę. Ważne jest dla mnie, żeby każdy kto usiądzie przy stole by poczytać mojego bloga nie odszedł głodny, a tym bardziej spragniony. No to śladem damy z obrazu poniżej kielichy w dłoń. Prosit!

 

unnamed

Vermeer przedstawił aż w pięciu obrazach tematykę nas interesującą: jeden przedstawia drzemiącą po nadmiarze wina dziewczynę, jeden jest sceną dydaktyczną z domu publicznego i trzy to sceny uwodzenia winem młodych dziewcząt. Na obrazie „Kieliszek wina” żołnierz niczym jastrząb czujnie wpatruje się w oczy częstowanej ofiary, której twarz jest częściowo ukryta chustą i kieliszkiem, jakby w zawstydzeniu przed naszym ciekawskim wzrokiem, a pusty kieliszek oznacza, że jej opory zostały złamane.

W podobnym, a jakże różnym obrazie „Żołnierz i śmiejąca się dziewczyna” Vermeer zastosował skrót perspektywiczny dla podkreślenia kontrastu między ciemną sylwetką dominującego podpartego bokiem mężczyzny a rozświetloną drobną postacią częstowanej winem dziewczyny. Para zastygła na płótnie na wieczność jako subtelny symbol konfrontacji zła i dobra, niecnych zamiarów i niewinności, jako swoisty moralitet ku przestrodze dla dorastających panienek.

Jan_Vermeer_van_Delft_023aaaa

Z obrazów trudno wywnioskować jakich win kosztowały te młode kobiety, ówcześni nie odkryli jeszcze szklanych butelek, a tym bardziej etykiet. Możemy tylko snuć domysły, że zapewne są to w każdym przypadku wina białe. Do końca Wojny Trzydziestoletniej Niderlandy zaopatrywały się w słodkie niemieckie wina reńskie, co wynikało z prostego faktu wpływania Renu do Morza Północnego w Rotterdamie, zresztą chyba największego wówczas portu świata. Z powodu wojny kupcy holenderscy przerzucili się na słodkie francuzy, na przykład z Sauternes.

 

Pomijając nawet wspaniałego Vermeera, winni maniacy też mają po co wybierać się do muzeów. Aż chce się zakrzyknąć: kto podejmie się przedstawienia motywów wina w historii malarstwa? Pewnie znalazłoby się w Polandii kilka kompetentnych osób, a potencjalnemu wydawnictwu solennie obiecuję zakup dwóch egzemplarzy, hehe. O tym, że wino nie musi być tylko wartością samą w sobie, wiemy wszyscy. Wojciech Bońkowski napisał niedużą książkę o Chopinie dla smakoszy i winopijców. Blog „Z winem do kina” (pozdrowienia dla Piotra) wiadomo w domyśle jakie miłości łączy.

Ferdinand Bol „Zarząd cechu kupców winnych”
Ferdinand Bol „Zarząd cechu kupców winnych”

Nie ma nic równie nieświeżego co wczorajsza gazeta. Można to powiedzenie rozciągnąć na ubiegłomiesięczne degustacje, ale mimo wszystko postanowiłem podzielić się paroma refleksjami o Warsaw Wine Week, ponieważ w blogosferze ta impreza przeszło chyba bez większego echa (mogę się mylić, nie czytam wszystkiego i zawsze). Kupując jednorazowo opaskę na nadgarstek można było zrobić tournée po mieście i kupować w wybranych wine barach sety trzech win na kieliszki za skromne 15 zł. Jestem za i nawet nie przeciw, idea wydaje się naprawdę bardzo dobra dla warszawskich wielbicieli wina.

Odwiedziłem tylko część miejsc, ale chwalę dwa: Wino&Friends (przy Intraco) i Borpince (obok Chmielnej). Natomiast kilka razy trafiłem mniej udanie: brakowało wyboru win, albo ich jakość była bardzo przeciętna tudzież personel był dość niezorientowany. Wolę chwalić niż ganić (zwłaszcza, że nikt mi za skórę nie zalazł), więc zareklamuję gratis te dwa miejsca, które mi się podobały.

 W „Wino & Friends” były bodajże cztery zestawy win do wyboru. Zwracam uwagę na bag-in-box z francuskiej apelacji Corbieres „Le temps des Dames”. Tanie, dobre, z uwagi na cięższe aromaty może nie na upały: ciemne owoce, czereśnie, zioła, oregano, fiołki. Ciekawie porównało się loarskie sauvignon blanc z Sancerre i Pouilly-Fumé. Podobno istnieją akademiccy dyskutanci potrafiący godzinami spierać się o różnice między tymi apelacjami.  Czytałem tyle samo razy, że się różnią co tyle razy, że różnią się nie do odróżnienia. Tutaj dwa wina od Erica Louisa z bieżącego rocznika 2015 różniły się akurat znacznie. Sancerre jest w stylu klasycznym: kamienistym, cierpkim i surowym czyli lepiej na potem. Pouilly-Fumé. jest dzisiaj bogatsze, pachnie miodem, herbatą, kwiatami, smakuje za to cytrusowo – tropikalnie. Obsługa i ceny w „Wino & Friends” – na plus.

DSCN0990aaa

 

 

W hungarskiej knajpie „Borpince” na ulicy Zgoda było co najmniej tak samo dobrze. Kompetentny facet od win i długi ciąg butelek do wyboru. Gdybym nie znał umiarkowania w jedzeniu i piciu to musiałbym mnie odprowadzić. Pobiesiadowałem, wybrałem kilkanaście win na kieliszki, z których tylko jedno było za stare, reszta na poziomie.

Przede wszystkim nigdy w życiu nie zapłaciłem ledwie 5 złotych za kieliszek aszu. Ten słodki tokaj aszu 3 od Mihaia Hollokoia z 2007 roku spełnił moje oczekiwania. Brzoskwinie, piwniczka i miód w nosie, prawie niebo w gębie. Podobał też mi się jego Furmint 2011 pachnący kwiatami i miodem gryczanym, przy tym intensywny i nie za ciężki. Z coraz słynniejszego wulkanicznego miniregionu Somlo polecam na przykład wino Kolonicsa ze szczepu juhfark, rocznik 2013 ma naftowo – kiszonkowy nos i mineralny, oleisto – tłustawy smak. Z charakterem i potencjałem leżakowania były czerwone egri bikavery również z 2013 roku od Grofa Buttlera i St. Andrea.

 

Piękna barwa wina i zaskakujących paznokci w tle.
Piękna barwa wina i zaskakujących paznokci w tle.

Po wizytach w paru innych miejscach postawiłem sobie pytanie czy może pomysłodawcy z Winicjatywy nie powinni wziąć za rok aktywnego udziału na etapie realizacji pomysłu Warsaw Wine Week czyli akceptując propozycje win na kieliszki przez wine bary biorące udział. Przypominają mi się słowa – klucze komentatorów meczów polskiej ligi, gdy kopacz z pola karnego strzela w maliny: „Pomysł dobry, gorsze wykonanie”. Ewentualnie pomeczowe: „Musimy wyciągnąć wnioski”. To są moje prywatne odczucia, ale mam nadzieję, że Warsaw Wine Week wejdzie do kalendarza stolicy. Może następna edycja już we wrześniu?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *