Traktat o pożądaniu. Kolekcjonerstwo, część czwarta i ostatnia.

Goethe napisał w niespełna dwa miesiące „Cierpienia młodego Werthera” (to chyba o kolesiu, który wymyślił karmelowe cukierki?). Moje cierpienia by dopiąć czteroczęściowy cykl o kolekcjonowaniu win zajęły prawie tyle samo czasu. W ostatnim odcinku pojawił się Michel-Jack Chasseuil, więc zanim przeczytasz ten wpis koniecznie cofnij się do poprzedniego:

Traktat o pożądaniu: kolekcjonerstwo, wstępna analiza zaburzenia.

Kilkadziesiąt lat temu wina robiono inaczej, lepiej czy gorzej – pozostanie pewnie trudnym do rozstrzygnięcia sporem akademickim. Faktem niepodważalnym jest szaleńcze rozwarstwienie cen win, gdy uznane bordeaux czy burgundy kiedyś na kieszeń studenta poszybowały cenowo ku stratosferze. Chasseuil oddał bankowi oszczędności klucze do swojej piwnicy pełnej niespodzianek, co nie zapobiegło jednak wizycie niezapowiedzianych gości.

W czerwcu 2014 roku odwiedziło go czterech panów przestawiających się jako dostawcy wina. Jak dobrze wychowani goście nie przyszli z zupełnie pustymi rękami, w zasadzie mieli je zajęte odkryciami inżyniera Michaiła Kałasznikowa. Bez klucza do piwnicy Chasseuil mógł przyjąć gości skromnie: zaproponował kawę, ciasto i piętnaście skrzynek wina domowego. Goście przystali tylko na wino, za to z entuzjazmem – wyściskali gospodarza tak niefortunnie, że zainteresował się nim chirurg.

Wizyta odbiła się pewnym echem w prasie winiarskiej. Chasseuil publicznie poinformował, że spodziewał się niespodziewanych wizyt, ale klucze zdeponował i nic na to nie poradzi oraz prosi o anonsowanie wizyt z imienia i nazwiska.

Michel-Jack Chasseuil w pigułce:

  • „nigdy nie miałem samochodu, który by się nie rozwalał”;
  • dom wartości 350 tysięcy euro;
  • kolekcja win wartości co najmniej kilkadziesiąt milionów euro;
  • wciąż dokupowane, ale nie tknięte od 25 lat.

Po chuj?- bystro zapytasz. Bohaterowi opowieści przyświeca od dawna jeden cel istnienia swojej kolekcji: stworzyć Luwr Wina, swój wkład we francuskie dziedzictwo kulturalne. Swoje zasoby uważa za dobre by je pić, przekazać w spadku synowi, a tym bardziej sprzedawać superbogatym snobom z Azji. W wywiadzie do „Timesa” oświadczył, że wysiłek jego życia nie jest na sprzedaż za żadne pieniądze, bo nie chce, żeby te wina zostały wypite przez nowobogackich w ciągu kilku lat. Kolekcję cały czas uzupełnia, chociaż w konkurowaniu z miliarderami o cenne butelki pomagają mu bardziej koneksje i ręka na pulsie niż pieniądze. Wina bordoskie przestał kupować po roczniku 2010, gdy musiał pożyczyć na nie z banku milion euro. W 2012 roku stworzył Fundację Chasseuila, w którą zaangażował się przesławny winiarz Marcel Guigal. Poprzez min.: kolacje z winem zbiera pieniądze na realizację projektu Luwr Wina. Wydaje się jednak, że samodzielnie te działania są mało efektywne. Chasseuil gdyba na przykład, że dopnie celu, jeśli każdy sommelier na świecie przeznaczy jedno euro na jego fundację.

Pewna utopijność projektu powstania takiego Luwru Wina (najchętniej w Paryżu) polega też na przecież na wątpliwości sensu uczynienia muzeum z kolekcji win, owszem, wielkich, ale tak naprawdę bez znaczenia historycznego. Takie fragmenty kolekcji Chasseuila jak szampan Napoleona spełniają ten warunek, ale czy zwiedzanie muzeum dla oglądania skrzynek na wino z Puligny Montrachet od Domaine Leflaive może być fascynujące dla kogoś więcej niż absolutny freak winiarski?

W dodatku Chasseuil od kilku lat pozostaje w sporze z instytucją z przysłowia o tym, że w życiu pewne są tylko dwie rzeczy. Zbiory spoczywające spokojnie pod jego ogródkiem wywołują coraz większe pożądanie smutnych panów w ciemnych garniturach pracujących dla dobra państwa francuskiego i zostały wycenione na 2 miliony euro zadośćuczynienia. W związku z tym Chasseuil grozi, że podąży śladami Depardieu do Rosji, jeśli jego niekomercyjna kolekcja nie pozostanie w spoczynku fiskalnym.

Zbliżam się do końca cyklu felietonów o kolekcjonowaniu win, czas na podsumowanie. Michel-Jack Chasseuil jest pewnym ewenementem ze względu na altruistyczne pobudki przekazania swojej zapierającej dech piwnicy do muzeum. Niemniej większość kolekcjonerów wina łączy wspólne ogniwo – zatracenie pierwotnego sensu kupowania win. To oczywisty trywialny banał, ale wino służy do picia. Pamięć o nim pozostaje najsilniejsza, gdy wypijamy je w szczególnych okolicznościach, w szczególnym towarzystwie. Przecież tych emocji nie da się powtórzyć patrząc na skrzynki z logo słynnego bordoskiego zamku. Na łożu śmierci poczułbym się źle (sic) ze świadomością, że pochowają mnie w ziemi w sąsiedztwie ściany wyłożonej skrzynkami Petrusa, na którego wydałem całe oszczędności swojego życia.

Oglądaliście „Dekalog X” Kieślowskiego? Stuhr i Zamachowski spotykają się po latach z powodu śmierci ich ojca, którego też zresztą słabo znali. I ze wzajemnością – ojciec swojego dorosłego życie nie poświęcił zbytnio rodzinie. Po jego śmierci synowie muszą coś zrobić z mieszkaniem po nim. Całe wyposażenie to prycz, stół, parę krzeseł i szafa. Pancerna. A w niej tylko znaczki pocztowe. Synów odwiedza jakiś prezes stowarzyszenia filatelistycznego, przegląda jeden z klaserów i mówi: „Za ten znaczek może pan mieć diesla, za te trzy kupi pan mieszkanie”.

 

Co stanie się z winami pana Chasseuila po jego śmierci?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *