Traktat o pożądaniu: kolekcjonerstwo, wstępna analiza zaburzenia.

Stare przysłowie (choć zapewne nie tak stare jak ja) mówi, że jeśli nie ma cię w sieci to nie istniejesz. Znasz wielu mężczyzn żyjących w metropolii, w wieku erekcyjnym, na których ślad nie natrafisz w Internecie? Ze mną aż tak źle nie było, niemniej najpierw włamanie do mieszkania, potem backpacking w Tajlandii…Ważne, że właśnie wróciłem do istnienia i zamierzam dalej czynić swą winną powinność.

Prawdziwy mężczyzna powinien skończyć to co zaczyna, więc gwoli przypomnienia (albo odkrycia dla mniej uważnych) odsyłam do moich dwóch poprzednich wpisów dotyczących kolekcjonowania win. Można je też ominąć, tak jak można zacząć oglądanie „Mody na sukces” od bieżącego odcinka.

Krótki traktat o pożądaniu, część I.

Traktat o pożądaniu, część II. Zbieractwo.

Dzisiaj część trzecia i przedostatnia część, poświęcona osobie, która w ogóle była inspiracją dla tego cyklu.

Załóżmy, że jakiś David Copperfield umie wyczarować z kapelusza (lub butelki, jeśli wolisz) dowolnego człowieka z branży winiarskiej, którego miałbyś życzenie sobie poznać i jeszcze skorzystać na tej znajomości. Pewnie przyszedłby Ci na myśl ktoś wpływowy, jakiś krytyk lub krytyczka, winiarz lub winiarka, może sommelier. Niegłupio kombinujesz, chciałbym przedstawić Ci jednak postać nie tak znaną jak Gerard Basset czy Angelo Gaja, ale pod względem ześwirowania enofilskiego – level hard.

W tym momencie pozwolę sobie zacytować  Einsteina siebie z poprzedniego wpisu: Każdy zbieracz jest dumny ze swoich zbiorów. (…) Ambicją większości zbieraczy jest powiększać zbiory. (…) Cieszysz się, jeśli z każdym rokiem przybywa Ci zbiorów, tworzysz spis butelek, spis przeradza się w katalog. Masz zbiory warte kilka tysięcy, a chcesz mieć za kilkanaście. Jak masz już za kilkanaście to fantazjujesz, żeby mieć za sto, itd. A co powiesz na kolekcję za co najmniej 50 milionów euro?

Powiesz, że suma robi wrażenie. No i że jeśli ktoś ma własny port jachtów i parking Bentleyów to bunkier win nie jest żadną sensacją. A co powiesz na to, że taką kolekcję kupił i zgromadził facet spawający przez dwadzieścia lat samoloty?

Michel-Jack Chasseuil, emerytowany inżynier spawacz z zakładów Dassault, mieszkający na francuskiej wsi czterdzieści lat temu zaczął zbierać wina. Uskładał ich ponad 40 tysięcy butelek. Dużo. Nawet cholernie dużo, ale czy nikt nie ma więcej? Owszem – amerykańskie restauracje Latour czy Bern’s Steakhouse nawet kilka razy więcej, a mołdawskie lochy zawierają ze dwa miliony butelek wina. No, ale zerknijmy (w przenośni) co 73-letni pan Chasseuil zachomikował.

Jak dobrze, że czasem stać emeryta na kieliszek skromnego wina.

Romanée-Conti? Wszystkie roczniki od 1905 roku ich najsłynniejszego wina. Petrus? Każdy od 1924 roku. Yquem? Najwspanialsze roczniki z XIX wieku i absolutnie wszystkie wypuszczone od samego początku XX wieku. Ilości? Wszystkie roczniki w skrzynkach po 12 butelek. Ktoś kto ma pewne pojęcie o winach, ma już pojęcie jakim kozakiem jest ten staruszek. Cartier, Vuitton i Patek pod jednym dachem. Zresztą nazwami etykiet można rzucać jak Strasburger sucharami, bo każdy słynny francuski (i nie tylko) producent ma swoje miejsce w jednej z trzech piwnic pod przydomowym ogrodem Chasseuila. Niektóre ze zbiorów nie mają wartości rynkowej, bo na ile można wycenić szampana zrobionego specjalnie dla Napoleona czy jedną z pierwszych butelek Louis XIII Remy Martin z roku 1900? A ile ma kosztować butelka koniaku z 1789 roku z odręcznymi podpisami na manuskrypcie Ludwika XVI i Marii Antoniny? Pergamin z 1299 roku, napisany przez burgundzkich mnichów – jedno z najstarszych istniejących pism przywołujących wino?

Wystarczy, bo pytajnik przestanie mi działać na klawiaturze… Jeśli liczebnie paru zawodników wygrywa z panem Chasseuilem to potęgą argumentów są miażdżeni jak Gołota przez Lewisa. Przed Wami w dwóch odcinkach historia spawacza, który według zgrabnej wyceny Jane Anson z„Decantera” zgromadził kolekcję win wartą coś pomiędzy 50 a 500 mln euro – w zależności od dnia i kupca.

Chasseuil w wywiadach opowiada o korzeniach swojej pasji i początkach kolekcjonowania. Jego dziadek handlował trzodą chlewną, jeżdżąc po okolicy przy okazji kupował baryłki wina. Lubił dzieci, spłodził ich jedenaścioro i każdego stycznia dawał im po sto butelek wina. Matka Michela-Jacka nie wypijała wszystkiego, więc jako młodzian sam zaczął odkładać te, które zostały zamknięte korkiem. Potem zaczął wina kupować: bezpośrednio od winiarzy, na aukcjach początkowo w Paryżu, następnie w innych miastach i państwach. Aukcje w latach 70. i 80. nie były tak popularne jak obecnie i można było kupić słynne wina w dość niskich cenach. Legendarny rocznik Petrusa 1982 kupił od handlarza bordoskiego za równowartość dzisiejszych 37 euro (obecna cena ok. 5 tys. euro). Ogólnie musiał mieć zadatki na świetnego kupca i udawało mu się płacić niewiele. Kiedy inni wypijali takie wina lub odsprzedawali dalej, Chasseuil cierpliwie budował domki ze skrzynek wina. Dla zobrazowania skali zdziwaczenia niech posłuży jego wyznanie, że od 25 lat nie wypił żadnego wina ze swojej piwnicznej kolekcji.

Jednak nawet w dawnych czasach nie wszystkie wina kupował za frytki. Na przykład doczytałem, że za skrzynkę porto Quinta do Noval 1963 wydał swoją dwuletnią pensję. Nie znam przyczyn jego rozwodu z małżonką w 1975 roku, ale myślę, że jest to pewien trop. Gdy jeszcze w 1990 rzucił pracę i przeszedł za zasłużoną emeryturę w sędziwym wieku 47 lat, z odprawy mógł oddać się już wyłącznie swojej pasji: pracuje nad swoją kolekcją siedem dni w tygodniu w godzinach 8-20.

Przez wiele lat cieszył się swoimi zbiorami w samotności, świat koneserów w zasadzie dopiero usłyszał o jego rosnącej kolekcji kilkanaście lat temu, popadając przy tym w zdumienie. W 2000 roku winom zrobiło się za ciasno w przydomowych podpiwniczeniach, więc w dwa miesiące pracując dzień i noc zbudował pod ogrodem profesjonalną wentylowaną piwnicę. A w zasadzie należy ją nazwać kaplicą skoro Chasseuil chodził tam o północy oglądać, cytuję: „Moje małe relikwie. Odnajduję też pokój duszy. Pieszczę je, moje butelki”. No, wdowy substytuują się pieskiem i księdzem, pan Chasseuil zaspokajał się fetyszyzmem butelkowym. Nastrój nabożnej ekstazy w podziemnej kaplicy dopełniały chorały gregoriańskie, których butelki i gospodarz słuchali z zamontowanego zestawu audio.

                          Mógłbym wykupić swój blok wraz z lokatorkami.

Dlaczego piszę teraz w czasie przeszłym? Otóż kilka lat temu Chasseuil odgadł, że ktoś mógłby chcieć zamienić stan ciekły materii w stały (czyli upłynnić wina na gotówkę). Sam elektroniczny alarm i metalowe wzmacniane drzwi to średnie zabezpieczenie jak na równowartość zamku nad Loarą. Dlatego klucze do swoich skarbów przekazał bankowi, a ten je zabezpieczył w specjalnym sejfie. O tym, że był to niegłupi pomysł – już za kilka dni w najbliższym odcinku „Sensacji XXI wieku”. Będzie kryminalnie rodem z Michała Bardela (polecam rewelacyjną książkę „Zbrodnie i wina”).

Nie do końca na temat – skromna część kolekcji  żelaźniaków sułtana Brunei.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *