Krótki traktat o pożądaniu, część I.

Lubisz wino, może nawet kochasz. A im mocniej kochasz tym częściej chciałbyś pić niezwyczajne wina. Na co dzień zadowalasz się valpolicellą za 40 złotych, ale wolałbyś mieć pod ręką bordeaux grand cru classé ze starszego rocznika. Chateau Margaux 2005 może być przeżyciem, ale w tej cenie kupisz Renault 2005, które posłuży nieco dłużej. Wielkie wina kosztują zwykle wielkie pieniądze, ktoś je jednak pija i to zagadnienie mnie właśnie obecnie trapi.

Od dzieciństwa wmawiano Ci, że nie należy pożądać żony bliźniego swego ani żadnej rzeczy, która jego jest. Bullshit i sofizmat, podkopujący fundamenty kapitalizmu. Boss pożąda tanich rąk do pracy, pracownik pożąda odwrócenia ról, jeden sąsiad pożąda samochodu drugiego sąsiada, z kolei ten pożąda jego żonę, itd. Bezpieczniej i uczciwiej pożądać cudzego wina niż żony, więc pofantazjowałem sobie trochę o tych wielkich butelkach w cudzych piwnicach.

Kto ma dostęp do tych najsłynniejszych win? Ten, kogo na nie stać, albo ten, kto jest nimi częstowany czyli trzeba mieć pojemny mieszek albo mieć zasługi. Ewentualnie element fuksa, vide Marek Bieńczyk, który pierwszym swoim wielkim winem został poczęstowany w czasach Solidarności w komunie paryskich anarchistów. I nic to, ze wino było kradzione (przez anarchistów), słodkie są wyrzuty sumienia pijąc Chateau d’Yquem. Potem się zasłużył i dzisiejszy Bieńczyk język ma unurzany burgundami, o których mogę sobie tylko fantazjować. W Polsce jest jeszcze kilku innych pismaków (nie mylić z PiS-makami, choć w sumie nie znam się na cudzych preferencjach), którzy na pewno nie są na bakier z wielkimi winami na zasadzie „masz nazwisko, masz kieliszek”. Nie pcham nosa w nieswoje sprawy i w cudzy kieliszek, ja tylko sobie fantazjuję i pożądam.

O, albo taki sommelier…Nie mam na myśli zwykłego sommeliera ze zwykłego wine baru, bo do jego win to ja też mam dostęp 24 h. Mam na myśli te grubsze ryby, które na przykład w londyńskich restauracjach * poocierały się o coś więcej niż 3-eme Grand Cru Classé  Bordeaux.

Moje fantazje zaczęły zataczać szersze kręgi i zahaczać o winiarską europejską Europę. Jak to jest być taką Jancis Robinson (najsłynniejsza pismaczka z Anglii), takim Gerardem Bassetem (generał broni czyli jedyne na świecie trzy winiarskie gwiazdki przy nazwisku) czy Aubertem de Villainem (właściciel najdroższych na świecie winnic „Domaine de la Romanée-Conti”)?

Też miałbym zadowoloną gębę z taką piwnicą

 

Wypili już równowartość kilku Ferrari, hollywoodzkich willi czy może raczej Boeingów? Czy ich też jeszcze to kręci? Jedzie taki skryba na drugi koniec świata na sponsorowane „all inclusive”, degustuje sto ostatnich roczników Chateau Latour. Kapkę wypija, resztę wylewa, a  mnie krew zalewa, bo wciągałbym je jak Macierewicz brzozę, a zamiast pić mogę sobie poczytać tylko tej mitologii w jakimś „Decanterze”.

Jak tu nie pożądać skoro pożądam. Grzech nie wypić, a nie grzech pożądać!

W kolejnym odcinku niebawem poznacie sylwetkę kogoś, kogo każdy wine freak znać pragnąłby…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *