Dwa razy malbec – World Malbec Day

Zwróćmy uwagę, że każdy z dużych krajów Nowego Świata ma swój szczep-emblemat. Z powodu znacznie krótszej tradycji konkurowaniu z Europą pomagają pewne słowa-klucze, stanowiące od mniej więcej ćwierćwiecza fundamenty tamtejszego winiarstwa. Średnio zaawansowany winoholik poradzi sobie w zabawie „nazwij szczep”.

RPA – pinotage, Kalifornia – zinfandel, Chile – carmenere,  Australia – shiraz, Nowa Zelandia – sauvignon blanc, Urugwaj – tannat, Argentyna – malbec. Choć proweniencja tych szczepów jest europejska (oprócz w pewnym sensie pinotage), ale to w innych krajach znalazły najlepsze swe wcielenia (na Antypodach najlepsze w swoim stylu).

Malbec może z twarzy nie wygląda na woła roboczego, ale ciężko haruje na bilans handlu zagranicznego Argentyny. Ja nawet zastanawiam się czy troskliwość Argentyny w pozycjonowaniu malbeca nie zaczyna czynić go hamulcowym wołem roboczym. W dodatku wbrew światowym tendencjom ku wytwarzaniu coraz bardziej jakościowych win, w Argentynie w XXI wieku ogólna wydajność zbiorów wzrosła.

Aż 85 % światowych nasadzeń malbeca znajduje się w Argentynie. Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, lasami i za oceanem, gdy cabernet sauvignon w Bordeaux dopiero raczkował, malbec miewał się świetnie w nieodległym Cahors. Pierwszy cios francuskiemu malbekowi zadała niewidoczna, ale żarłoczna łachudra zwana filokserą, po sadzeniu na nowo winnic w Cahors areał tego szczepu nigdy nie wrócił do poprzedniego stanu. W Bordeaux z kolei niesławne przymrozki w 1956 roku też zniechęciły lokalsów, ponieważ malbec jest wyjątkowo wrażliwy na niskie temperatury.

Dlatego nadziei dla niego należało szukać gdzie indziej, jeszcze w XIX wieku zaczął się zadomawiać w argentyńskim regionie Mendoza. 17 kwietnia 1853 roku prezydent Sarmiento doznał objawienia „Malbec – to jest to” i rozpoczęła się oficjalna misja koronowania go na króla szczepów w Argentynie. Od kilku ta ten dzień jest świętowany przez dział marketingu Ministerstwa Spraw Zagranicznych Argentyny w wielu metropoliach świata jako Światowy Dzień Malbeka.

U mnie świętowanie rocznic wygląda słabo, ale widocznie boska ręka (Maradony?) nakierowała moją w kierunku dwóch butelek rzeczonego – celem zdegustowania w ciemno. Klnę się na prochy przodków, że był to strzał na ślepo, choć odgadnięcie nie okazało się trudne.

No właśnie, kwestią własnych preferencji jest czy to zaleta czy wada, jeśli dość łatwo rozpoznajemy wino. Na dość wysoko położonych łagodnych zboczach Andów powstają charakterystyczne malbeki z mniejszych niż w Cahors jagód, za to bardziej ściśniętych w gronach. Nie mają tak dużo tanin, również mniej kwasowości, zwykle słabiej się starzeją, za to dają dużo owocowej łagodnej przyjemności.

 

FAMIGLIA BIANCHI – „MALBEC 2012”

KAIKEN – „ULTRA MALBEC 2011”

Obraz11111

Pochyliłem się nad tymi dwiema butelkami, a w zasadzie kieliszkami. Oko od razu wychwytuje ciemniejszą rubinową barwę Kaikena. Długie nasłonecznianie wpływa ogólnie na wyjątkowo ciemny kolor malbeków z Mendozy, w przypadku wina od Kaikena (słynny Chilijczyk Montes założył tę winnicę) doczytałem po degustowaniu o wydłużonym czasie maceracji na skórkach – zarówno przed jak i po fermentacji.

Znajduje to też swoje odbicie w nosie, aromaty Kaikena są trochę „ciemniejsze” i mniej delikatne, takich bardzo dojrzałych leśnych owoców. Mocniej czuć w nim też dojrzewanie w dębie (malbec z Mendozy jest prawie zawsze leżakowany w dębie francuskim): kawowo-czekoladowo-tostowa słodycz i nuty lukrecji, jest gorąco, niemal asfaltowo. Malbec od rodziny Bianchi to też ciemniejsze owoce, ale też w zapachu świeższe przyprawy, do których dochodzi potem subtelne skórzane tło.

Smak potwierdza wrażenia aromatyczne, Kaiken ma trochę więcej garbników, ekstraktu i trochę mniej owocowości, w rejestrach już syropowo-suszonych śliwek i jeżyn. Dość długo czuć prażoną kawę i mleczną czekoladę.

Zaletą argentyńskich winiarzy jest podawanie dokładnych parametrów gotowego wina. Sprawdziłem notki techniczne na stronach internetowych obu producentów, z których wynika, że w Kaikenie jest troszkę więcej cukru resztkowego, za to zauważalnie mniej kwasów – tylko 3,3 g/l. W Bianchim zachowane jest niemal 5 g. kwasów i wpływa to na odczucie nieco większej świeżości. Jest w tym winie też nieco rozgrzewającej pikantności, która nieco równoważy pluszową gładkość słodkich garbników. Jeżyny też już smakują dojrzale, lekko likierowo, a w ustach pozostaje dymny posmak.

Jakość obu win uważam za zbliżoną, nie ma też zaskoczenia w kwestii szczepu i kraju pochodzenia. Mamy tu wina o atrakcyjnych i nietrudnych zapachach dojrzałych owoców (jeżyn, śliwek) plus kawy i czekolady od dojrzewania w beczce. Smak jest również przystępny: sporo gęstej owocowej słodyczy na gładkim garbniku, spora intensywność, wyczuwalny poziom alkoholu. Jednocześnie nie są to wina bardzo przerysowane i pierwsze kieliszki sprawiają dużą przyjemność. Dopiero kończenie butelki zaczyna przypominać zjadanie ostatniego ulubionego pieroga z dokładki. Zwłaszcza, że dopijanie drugie dnia smakowało już mniej.

Jako ciekawostkę dodam, że ten rocznik malbeka od Bianchich został wybrany najlepszym winem świata w panelu degustacyjnym trzech i pół tysiąca win „Vinalies Internationales” organizowanym w Paryżu przez Francuskie Stowarzyszenie Winiarzy. Wina były degustowane w ciemno w parach kilkuetapową drogą eliminacji. Jest to wino, które na pewno może od razu smakować (czyli dobre wino konkursowe), chociaż wszelkie konkursy mają swoje słabości i nie należy przykładać nadmiernej uwagi do medali.

Lubię starannie zrobione malbeki, ale nie są winami dla mnie porywającymi, które zapamiętałbym na długo.

 

FAMIGLIA BIANCHI – „MALBEC 2012” Ocena: 86 p. Kupione w South Wine, ok. 50 zł.

KAIKEN – „ULTRA MALBEC 2011” Ocena: 87 p. Kupione w Vininova, ceny nie pamiętam, chyba ok. 60-80 zł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *