JOSEPH DROUHIN – „Chambolle-Musigny Premier Cru” 1995

_DSC0657Pierwszy wpis na blogu. Niby to nie Camp Nou i naprzeciwko nie Leo Messi, a prostokątny ekran komputera, ale lekkie drżenie rąk jest. Niby trybuny nie huczą, a w głowie coś tam szumi. Może to nie nerwy, a wino? Nie powinno, wszak od dobrego wina głowa nie boli.

Czterdziestoletniemu facetowi coraz rzadziej zdarza się robić coś pierwszy raz. Takie chwile celebruje się niczym wybieranie bielizny przez dziewczynę przed inicjacją. Niestosownie byłoby zacząć pinot grigio z dyskontu, z drugiej strony wchodzić z Chateau d’Yquem to grzech rozpusty. Zadumanie nad bielizną butelką na pierwszy raz zakończyłem wyborem wina z apelacji Chambolle Musigny, bo ponieważ, że:

Pierwsze primo: pinot nor mnie podnieca,

Drugie primo: a już z Burgundii to szczególnie,

Trzecie primo: Chambolle-Musigny jest seksowne i kobiece,

Czwarte primo: w Burgundii liczy się dobry winiarz (Drouhin się łapie),

Piąte primo: Premier cru to dobra działka (taka kokaina, tyle, że w ziemi),

Szóste primo: w kwestii wina lubię stare towary, jeśli są dobrze zachowane.

Pewnie mógłbym tak dłużej, ale wolę już dobrać się do tego miodu. Śmichy chichy na bok.

 

Joseph Drouhin jest jednym z najbardziej poważanych hurtowników w Burgundii czyli robi wina głównie ze skupowanych owoców w całym regionie. Akurat „Chambolle Musigny Premier Cru” jest robione z własnych gron, z pięciu różnych parceli o statusie premier cru o łącznej powierzchni zaledwie 1,3 ha.

Pinot jest lekkim winem, więc zaczynam od minimalnego schłodzenia.

_DSC0657_DSC0657

To musi być pinot.
To musi być pinot.

_DSC0657_DSC0657

Nos w kieliszek. Świeżość dojrzałych poziomek podbitych ściółką leśną i dziczyzną czy może raczej odwrotnie: ściółka i pasztet z garścią poziomek, do tego lukrecja. Średnio intensywny aromat, dlatego zmieniłem kieliszek z typowo burgundzkiego na klasyczny kieliszek degustacyjny do czerwieni z węższą czaszą.

To chambolle-musigny okazuje się zaskakująco taniczne i wytrawne. Ani lekkie ani ciężkie, ale jest w nim siła i intensywność. Mimo nieszczególnej masywności bardzo długi posmak, korzenność i las. Do nazwania go niezwykłym zabrakło mi większej obfitości owocu. Co prawda w ustach zachowuje kwasową świeżość, ale kontakt z powietrzem szybko wino pogarsza. Ten burgund ma dwie dekady i należało się spodziewać, że delektowanie się potrwa kilka godzin zamiast dwóch dni. Ale pięć lat temu to wino pewnie było świetne, jeszcze z prawdziwie zmysłowym smakiem owocu.

Ocena: 89 p., uwzględniając w tym fakt, że zostało otworzone pod koniec normalnego życia. Kupiłem je w Centrum Wina jako ostatnią lub jedną z ostatnich butelek. Z senatorskim rabatem zapłaciłem około 250-280 PLN, bez niego trzeba by wysupłać ok. 350.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Antyspam *