Degustacja i jej terroir – The Fine Food Group w Polonia Palace Hotel

Jest ziemia, na której rośnie sobie winorośl i niewiele więcej da się o niej powiedzieć. Ot, na przykład taki płaskowyż La Mancha, gdzie na wysuszonej słońcem skorupie ciągną się monotonnie kilometrami pokurczone krzewy białej odmiany winogron airen przerabianej na sikacze. Lokalni multiplantatorzy opowiadając o terroir w La Manchy brzmieliby równie wiarygodnie co Don Kichot majaczący o walkach stoczonych z wiatrakami. Na drugim biegunie o winiarzach burgundzkich mawia się z niewielką tylko przesadą, że wracając z winnicy oskrobują z gumiaków resztki ziemi, żeby z powrotem obsypać nią krzewy.

O winach mawia się, że smakują najlepiej na miejscu, w winnicy, u tego kto je zrobił, często własnymi rękoma. Wyobrażam sobie też miejsca, w których wina mogą smakować paskudnie. Nie chciałbym pić Cheval Blanc 1961 w fast foodowym lokalu z kubka jak bohater filmu „Bezdroża”. Ok, jeśli podejdziesz do mnie w KFC z Cheval Blanc nalanym do kubka, nie nasikam do niego, ale wyobrażam sobie picie tego wina w innym ąturażu. Na marginesie: zwróciliście uwagę, że Miles niezbyt przyjazny wobec merlota („Jeśli ktoś zamówi merlota, wychodzę. Nie piję żadnego jebanego merlota!”) ukochał sobie wino składające się w połowie z tego szczepu?

Zmierzam do tego, że ważne jest nie tylko to co się pije, z kim się pije, ale i gdzie się pije. Czy w Warszawie jest wiele efektowniejszych miejsc do degustowania niż drugi najstarszy istniejący w mieście Hotel Polonia? To jest dopiero terroir dla degustacji win!

31

Polonia Palace został oddany do użytku w 1913 roku w miejscu nieprzypadkowym, naprzeciwko Dworca Głównego Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej na skrzyżowaniu ulicy Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi. Co ciekawe, wówczas arteria ta była co prawda centrum miasta, ale bardziej na północy Marszałkowskiej przy Królewskiej, to tam znajdowało się największe natężenie ruchu ulicznego.

W tamtych czasach na powstające hotele zwykle adaptowano kamienice, ale jednym z trzech wyjątków była właśnie Polonia. Lokowanie gotówki w hotelarstwo i gastronomię stawało się modne i prestiżowe w kręgach arystokracji, która potrafiła sprzedawać swoje wiejskie majątki by parać się zajęciami wcześniej nieprzystojnymi tej klasie społecznej. Nic więc dziwnego, że pierwszym właścicielem Polonii był hrabia Przeździecki. Hotel z miejsca stał się symbolem nowoczesnego dyskretnego przepychu. Masz ciepłą wodę, ogrzewanie centralne i telefon w pokoju? No to sto lat temu znaczyłoby, że stacjonujesz w Hotelu Polonia.

06.1937. Warszawa. Derby warszawskie. W lo¿y cz³onkowskiej zasiadaj¹ /od lewej/ Zaleski, Senni, PrzeŸdziecki, Czartoryski, Czetwertyñski. ADM Sygn. I_S_441_5

To tutaj odbywały się pierwsze wybory Miss Polonia i nie chodziło w nich o najładniejszą recepcjonistkę hotelową. A w 1932 roku konkurs się nie odbył, bo słynna Zofia Batycka… nie chciała oddać korony.

Już nigdy nie będzie takiego lata i takich win
Już nigdy nie będzie takiego lata i takich win

Hotel Polonia jest niezwykłym miejscem na mapie historycznej miasta jako jeden z bardzo niewielu budynków Warszawy lewobrzeżnej nie zniszczonych (i najpiękniejszych) podczas II Wojny Światowej. Naziści anektowali hotel dla własnych celów, nie bombardowali i nie wysadzali siebie, opuścili go dopiero na początku 1945 roku. Z tego powodu cała południowa pierzeja kamienic sąsiadujących z Polonią w Alejach Jerozolimskich cudem ocalała kontrastując szokująco z cmentarnym gruzowiskiem reszty miasta. Pierwsza miejska powojenna „restauracja” została otwarta tuż przy Polonii – w pozostałościach po zbombardowanym tramwaju powracający Warszawiacy mogli popić gorącą herbatą pyzy ze skwarkami.

Hotel początkowo służył jako dom dla dyplomatów zagranicznych, w nim mieściły się ambasady i poselstwa – bo zwyczajnie nie było innych stosownych ocalałych budynków…Dyplomaci współżyli w hotelu z handlarzami złotem, cinkciarzami i prostytutkami (w tym wypadku może też dosłownie). To w Polonii Marek Kondrat (tzn. pułkownik Kwiatkowski) podczas rautu dał w mordę sowieckiemu jenerałowi, który dobierał się do Renaty Dancewicz (tzn. Krysi). Sporo lat później Kondrat porzucił aktorstwo dla wina, a wino pojawiło się jako hotelowy leitmotiv dnia 8 września roku pańskiego 2016 staraniem The Fine Food Group. Nazwa brzmi co prawda jak korpo – konkurencja Nestle i Danone, ale kryje się za nią sensowny importer win (i nie tylko).

Po tym króciutkim wstępie nadejszła wiekopomna chwila podzielić się z Wami wrażeniami z konsumpcji win na salonach. Otóż skupiłem się na dwóch rekolekcjach prowadzonych przez nie byle kogo, bo Holendra Franka Smuldersa o roboczym pseudonimie MW. Rodzime szczepy włoskie wypełniły nawę do pełna, w pierwszym rzędzie uklęknęli MVP’s: Strzelczyk, Pawłowski i Przyborek. Msza trwała aż półtorej godziny, kapłan przemawiał i nauczał, wierni nabożnie słuchali w skupieniu. Na szczęście ewangelia była urozmaicana kielichami wina – nie było złotych, ale za to ministranci poroznosili je sprawiedliwie wszystkim wiernym. I słowo ciałem się stało.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zafascynowany rzymskimi przypowieściami poszedłem za ciosem i zostałem na drugiej mszy dotyczącej uprawiania winorośli w obu Amerykach. Tutaj było jeszcze bardziej nietypowo, nie dość, że nasz mistyczny przywódca dawał skosztować wina to dopuszczał nas do głosu. Stała się rzecz niebywała: wierni zadawali pytania, a nawet wyrażali własne opinie. Zamiast tacy pomiędzy ławkami krążył telefon komórkowy z ocenami win z „Decantera”.

Były to jedne z najbardziej inspirujących i pożytecznych mszy w moim życiu!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Garść istotnych refleksji:

Wente-”Chardonnay Morning Fog 2015” – jesteśmy w Hotelu Polonia, ale aż chce się zanucić „Welcome to the Hotel California, such a lovely place”. Kruche aromaty skórki od cytryny i wanilii, w ustach trochę masełka, ale i tak zwiewne, szczupłe i delikatne.

Zenato-”Lugana Santa Cristina 2014” – po wenecku, zrobione ze szczepu trebbiano di lugana (vel trebbiano di soave). Czuć dość świeże zioła, morele, miód. Bardzo dobra struktura i owoc z nieznacznym cukrem resztkowym i brzoskwiniowo – tropikalnym smakiem.

Valle Reale-”Montepulciano d’Abruzzo Vigneto di Poppoli 2010” – ciemne wiśnie, przyprawy, garstka kawy i subtelnej beczki. Świetnie rozkładające się w ustach, soczyste, z równowagą, w wieku nadal dość młodzieżowym.

Zenato-”Cresasso 2010” – nie żadne cienkie wino mszalne! Szczep corvina zbierany jako ostatni w okolicach Werony o atramentowej barwie i jagodowo-beczkowych aromatach, w smaku o zrodzynkowanym słodkim owocu, dużej koncentracji i mocy. Pyszne!

Vite Colte-”Barolo Riserva Essenze 2011” – czekam jak na Godota na degustację, na której napoją mnie dojrzałym barolo. A znowu poczułem się jak pedofil dobierający się do małolata. Głęboki zapach ciemnych owoców, przypraw i smoły, garbniki twarde, ciało pełne i sprężyste. Fajnie, ale wolałbym bliższy kontakt jak dorośnie.

Wente-”Zinfandel Beyer Ranch 2013” – pachnie tartą śliwkową i nieco apteką. Smakuje klasycznie: bardzo owocowo, słodko, świeżo, niezbyt kwasowo, ale apetycznie – tanicznie.

Luigi Bosca-”Malbec Single Vineyard Lujan de Cuyo 2013” – zapach ciemnych słodkich owoców w kokosie, ale miło, bez chamstwa. Bardzo smaczne, w pierwszym smaku zaskakuje słonością, a łagodność przechodzi płynnie w garbnikowy posmak.

Zenato-”Amarone della Valpolicella Classico 2011″ – uuuuch. Petarda. Bukiet egoztycznych przypraw i niesamowite, potężne lekko powidłowe usta w kontraście do dość lekkiego ciała jak na taką strukturę.

Na koniec w pośpiechu przełykałem bardzo dobre australijskie shirazy od Langmeila i trzy roczniki riojy Muga Reserva przekonując się znowu, że dla tych gęstych i tanicznych rarytasów 5-7 lat to fraszka.

Amen.

Fritz Haag-„Brauneberger Juffer Sonnenuhr Auslese GK 2006” a aferka z Dereszlą z Lidla

Forum „Winicjatywy” ożywiają polemiki Sławomira Hapaka (zamojski importer Interwin) z różnymi interlokutorami. Ofensywnie usposobiony Hapak po każdej stracie piłki zaciekle odpiera kontrataki zespołu blogerów. Obie strony zwykle mają mocne argumenty, poziom techniczny niezły, taktyka, zaangażowanie, czujność. Nie ma nudy.

Ostatnią iskrą zapalną okazało się na pozór niewinne słodkie wino aszú z Lidla od niezłego producenta Dereszla. Szperaczoblogerzy wytropili ciekawą ciekawostkę, po przyspieszonym śledztwie i przesłuchaniu świadków (Państwowa Inspekcja Handlowa) i podejrzanych (Dereszla) okazało się, że producent nie widział potrzeby wyraźnie odróżnić trzy partie jednego wina. A problem jest, bo najlepsza partia wina zebrała znakomite recenzje przez panel Decantera, a partia butelkowana dla Lidla okazała się zdecydowanie innym winem – znacznie gorszym, pisząc w skrócie.

Jednomyślność jest mało twórcza. Jeśli dwie osoby zgadzają się permanentnie to jedna z nich w zasadzie jest zbędna. W przypadku wina od Dereszli dzięki dociekliwości kilku osób na forum „Winicjatywy” można było poznać interesujące fakty odnośnie tego jak różnymi winami może być wino w zasadzie o tej samej nazwie.

Nadarzyła się okazja by opisać słodkiego rieslinga mozelskiego od Fritza Haaga, które nie wzbudziłoby tylu kontrowersji w naszym światku. Podlega ono niemieckiemu prawu winiarskiemu, które bardzo precyzyjnie określa sposoby informowania konsumenta (czemu nie mamy zgrabniejszego słowa niż winopijca?) o zawartości butelki, mimo że etykieta takiego wina potrafi być na pierwszy rzut oka bardzo skromna informacyjnie. Żeby dostać się do środka trzeba znać szyfr i hasło.

Będzie trochę podstawowej teorii – sorry, ale taki mamy klimat. A w zasadzie Niemcy mają, gdyż przez powolne i niełatwe dojrzewanie gron kluczowym zagadnieniem uznaje się ilość cukru gronowego w momencie zbiorów. Wina szereguje się od klasy kabinett przez spätlese, auslese, beerenauslese, trockenbeerenauslese, eiswein. Wina klasy BA, TBA i eiswein mają tak dużo naturalnego cukru, że nie da się zrobić z nich win wytrawnych, co natomiast jest możliwe w przypadku kabinett (zwykle dość wytrawnych), spätlese i auslese.

Oczywiście ten system ma też wady. Riesling zbierany ręcznie na ekstremalnie stromych stokach łupkowych i wysokoplenny szczep zbierany maszynowo na równinie mogą mieć ten sam poziom cukru gronowego, dlatego samo słowo „auslese” na etykiecie nie mówi dużo o jakości.

Wina poważniejsze, objęte Qualitätswein lub Prädikatswein posiadają na etykiecie wielocyfrowy numer AP. Na samym końcu ciągu cyfr jest wymieniony rok, w którym wino zyskało aprobatę władz nadzorujących, w praktyce prawie zawsze jest to rok następny po roczniku zbioru. Najważniejsze w AP mogą być jednak cyfry poprzedzające tę datę: oznaczają konkretną partię wina producenta. Numer AP odzwierciedla ideę tworzenia czasem przez dobrych niemieckich winiarzy dość różnych win, które w innych krajach są traktowane jako to samo wino.

Gdyby Węgrzy kopiowali niemieckie prawo winiarskie, nie mielibyśmy aferki z „oszukanym” Chateau Dereszla z Lidla. Oczywiście pod warunkiem jasnej informacji o numerze AP w nazwie wina. Dzięki niemu dostajemy przekaz o na przykład: różnych kadziach fermentacyjnych, różnych momentach butelkowania, a nawet różnych dniach zbioru gron. Teraz jeszcze tylko należy wiedzieć jak duże znaczenie jakościowe ma AP w przypadku naszej butelki i voilà, hehe.

Ja wypiłem jedno ze słynniejszych słodkich auslese, która kategoria jest największą chlubą winiarzy ze Środkowej Mozeli.

 

FRITZ HAAG – „Brauneberger Juffer-Sonnenuhr Auslese Goldkapsel AP 9 2006”

No, na pozór nazwa wygląda prosto jak składniki lekarstwa na receptę, ale rozkminienie rozwikłanie jej nie nastręcza trudności przy opanowanym elementarzu. Juffer Sonnenuhr to nazwa specjalnie wydzielonej małej winnicy przy wsi Brauneberg (nazwa pochodzi od gleby łupkowej zabarwionej na brązowo żelazem). Ta parcela ma najbardziej suche w regionie podłoże łupkowe o południowym nachyleniu stoku. I karkołomnym stoku, dochodzącym do 40% czyli kwalifikującym się do nadania statusu czarnej trasy narciarstwa alpejskiego. Dlatego organiczne nawozy i środki grzybobójcze są dostarczane helikopterem.

95016110

Złoty kolor folii łatwo przeoczyć, a warta jest ona (w przenośni) kilkadziesiąt złotych – producent zapewnia nią o produkcie high-end premium. W przypadku Haaga wyższe numery AP i złoty kapsel mają wina z winogron zbieranych jeszcze później niż „normalne” auslese, o większej ilości gron z szlachetną pleśnią, większej selekcji gron oraz kadzi stalowych i beczek, w których przebiegła fermentacja.

Mimo że 2006 rok nie był perfekcyjny, a na winoroślach pojawiło się sporo szarej pleśni – ostrzyłem sobie zęby, śliniłem język i pocierałem nos na okoliczność otwarcia tej buteleczki.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piękny kolor jasnego złota. Egzotyczny i perfumowany, ale nie buchający w nozdrza bukiet. Dojrzałe soczyste mirabelki, akacja, imbir, morele, miód, kwiaty, siano, potem spodziewana nuta naftowa.

W ustach gęstość dość wyczuwalna (AP 9 to u Haaga zwykle prawie wierzchołek), choć mniejsza od tokajskich aszu. Orientalne owoce, imbir, miód, charakterystyczna szczerozłota krystaliczność rieslinga, którą pije się trochę jak nektar. Tylko 7,5 % alkoholu. Finisz średniej długości.

Zdarza mi się wypijać butelki ze zbyt dużym poślizgiem czasowym, w tym wypadku chyba większe wrażenie czułbym za 10 lat, a może za 50 lat? Chciwość zwyciężyła.

W przewodniku „Wina Europy” wydanym w 2008 roku moja butelka „na świeżo” dostała trzy i pół serca jako bardzo dobre wino. Mi sprawiła dużą przyjemność, choć spodziewałem się orgazmu. Może w jeszcze lepszym i starszym roczniku…

Ocena: 90-91 p. 101 win, 135 zł (wyprzedaż), buteleczka 375 ml.

A teraz coś z zupełnie innej beczki czyli WTF is FOMO?

Mieszkam w Warszawie, do pracy i na degustacje jeżdżę metrem lub inną komunikacją zbiorową. Tak jeździłem i 10 i 20 lat temu (choć wtedy nie na degustacje). I to już niemal wszystko w tym felietonie co dotyczy wina. Nie samym winem się żyje, więc nie zniechęcaj się i czytaj dalej.

Mogę nie bez kozery powiedzieć, że pińcejestem transportowym ekspertem i chociaż nie chcem, ale muszem być świadkiem pewnych przemian w zachowaniach społecznych. Być może te zjawiska nie dotyczą większości Czytelników mojego bloga – wobec czego odpada aspekt dydaktyczny – ale mam ochotę skanalizować nie tylko pozytywne emocje i chcę się nimi dzisiaj podzielić. Zwłaszcza, że na pewno nie jestem jedynym czującym absurd sytuacji jadąc metrem z masą współpasażerów.

W czasach, gdy chińscy nuworysze nie wymawiali jeszcze słowa Lafite, a ja nie odróżniałem wina od nalewki, w pojazdach komunikacji miejskiej należałem do mniejszości. Większość wpatrywała się średnio intensywnie w szybę, a Pałac Kultury jak stał tak stał. Ta mniejsza część, która nie spodziewała się jego zniknięcia czy pojawienia się kosmitów na najbliższym przystanku autobusowym – od prozy życia za szybą odcinała się prozą literkową. 

CowQjxgXYAAdVrv

 

Minęła dekada, może dwie, postęp technologiczny podróżnikom „przyszedł w sukurs” (prawa autorskie – Dariusz Szpakowski), nadał nowy sens tym, którzy z dobrodziejstw postępu korzystają. Jeszcze z dziesięć lat temu telefonem komórkowym w metrze szpanowano. Gdyby w rzędzie usiadło kilka osób ze wzrokiem wbitym w prostokąt plastiku wyglądałoby to na eksperymentalny performance. Teraz telefon jest naturalnym przedłużeniem wielu rąk dziewcząt w niezacerowanych dżinsach z pomalowanymi przedramionami i łopatkami. A właściwie to już nie żaden telefon. W salonie pewnego operatora dowiedziałem się, że komórka to już dinozaur, teraz są w sprzedaży tylko smartfony. I że tego smartfona kupię tylko z dostępem do Internetu. Bo przecież żyję w 2016 roku, muszę być podłączony, zawsze online, rozgałęziony kablami, nic ważnego nie może mnie ominąć. Muszę wiedzieć kto znajomy w jakim klubie się bawi i powinienem zobaczyć kto jakie zjadł przed chwilą śniadanie.

Kiedyś widziałem zabawny rysunek, na którym koleś czyta w autobusie książkę, a reszta pasażerów robi mu zdjęcia smartfonami. Pewnie będę nim ja za dziesięć lat. W scenie z „Dnia Świra” przesiadania się na zwolnione miejsca pasażerów autobusu Kondrat (znany niektórym jako Konrad lub Konrat) jako narrator komentuje: „Paranoja. A że przy oknie, a że przodem, a że bokiem.” Gdyby Koterski kręcił film w roku 2016 stawiam, że autobus wypełniony byłby młodymi ludźmi stukającymi w swoje telefony.

a8085816

Jakiś czas temu przeszło mi przez myśl, że niemożliwe, żebym tylko ja widział w tym coś niezdrowego. No i doszperałem się zdiagnozowania przez socjologów zjawiska FOMO – „Fear Of Missing Out”. Zjawiska nieuchronnego w społeczeństwach informatyczno – technologicznych, gdy mamy nieporównywalnie większy i szybszy dostęp do wszelkich informacji od poprzednich pokoleń. Życie upływa szybszym tempem, a przekaz informacyjny za tym nadąża. Jesteśmy nim zalewani. Rośnie jego ilość, maleje jakość, gdyż chce się przekazać lub odczytać sedno informacji w jak najkrótszej i najprostszej czyli spłyconej formie.

Do tego jazgotu informacyjnego większość dokłada swoją cegiełkę: zdjęciami, twittami, linkami, poszerzaniem bazy znajomych z sieci, itd. Technologie mają ułatwiać życie, a oplatują nas niezauważalnie, kradną czas dostarczając wiedzy często mało użytecznej. Socjologowie twierdzą, że jakość życia młodych pokoleń jest coraz bardziej postrzegana przez ilość udostępnianych wpisów (a moim zdaniem wpisików) lub zdjęć. Według badaczy zjawiska (choć do takich wniosków nawet  nie potrzebni mi eksperci) wyrażają one potrzebę akceptacji społecznej i dowartościowania. Można łatwo poczuć się ważnym czy podziwianym mając ileś „lajków”, „followersów”, itd. Tyle, że chwila takiego samozadowolenia może szybko prysnąć, gdyż inni też informują o każdej ciekawostce ze swojego życia. Wtedy pojawia się lęk, że ich życie jest jednak bardziej interesujące. Jeśli masz takie objawy skonsultuj się z lekarzem, gdyż każdy taki Twój lęk może zagrażać Twojemu zdrowiu psychicznemu.

Jasne – niemal każdy używa telefonu i Internetu, warto jednak zastanowić się czy odruchowe sięganie co chwilę po telefon, ustawianie wszelakich powiadomień czy odświeżanie poczty e-mail nie zabiera czasu na sprawy ważniejsze…

53383136ca400d1c0c664770c815e0ea

 

Czytałem o pewnej sytuacji, gdy kobieta w restauracji podczas grupowej kolacji zebrała uczestnikom telefony na środku stołu oznajmiając, że kto pierwszy po niego sięgnie ten płaci rachunek. Mógłbym chodzić na takie kolacje, miałbym sporo darmowych posiłków. Nie wydaje mi się jednak, że kiedyś było idealniej, zawsze wielu ludzi miało i ma tendencje do marnowania czasu (ja też). Poprzednie pokolenia najpierw siedziały nad odbiornikami radiowymi, potem radio wyparła telewizja, teraz telewizja ustępuje „inteligentnym” telefonom.

A ja mam jedno pragnienie czekając na pociąg metra, którym pojadę jutro do pracy. Żeby Ratusz i Zakłady Transportu Miejskiego wydzieliły jeden wagon czytającym książki i gazety. W pozostałych niech sobie czytają sms-y.

Robert Borowski. Fragmenty pamiętników, wiosna-lato 2016.

Nie ma nic tak nieświeżego jak wczorajsza gazeta. Na szczęście zajmuję się winem. Wino pośpiechu nie żąda, wydawca deadline’u nie ustawia, Czytelnicy nie piszą skarg. Bloguję kiedy chcę, więc achtung: ten wpis podlega wg obecnych kryteriów pod rubrykę „archeologia”.

28 kwietnia pewien aktor serialowy został skazany za śmiertelne potrącenie kobiety na pasach, w Lotto nikt nie wygrał 20 milionów, a Jarosław zapowiedział spotkanie z opozycją na temat Trybunału Konstytucyjnego. Sami widzicie – nie wydarzyłoby się nic szczególnego, gdyby nie wielka degustacja win australijskich w Warszawie. Szkoda mojego i Waszego czasu na analizowanie wszystkiego co było do wypicia, ale trzy wina zasługują na wieczne uwiecznienie. Niestety nie są to wina na kieszeń pielęgniarki, a pewnie nawet wśród lepiej uposażonych trudno znaleźć skłonnych do wyciągnięcia portfela.

Cena wina mi nie smakuje – to sprzedawcy windują ceny win mnie zachwycających. Przesławne Grange Penfoldsa jest nadal na mojej dalszej drodze życia, ale udało mi się zakosztować na tej degustacji nieoficjalnej drugiej etykiety zwanej Grangem dla biedaków (ziomale z Penfoldsa to chyba nieźli kawalarze) czyli „Penfolds Bin 389” z rocznika 2012. Mieszanka caberneta z shirazem pachnie gorzką czekoladą, kawą, słodkimi przyprawami i jagodami. Świetnie smakuje, ma super owoc, długość, taninę. Ach, mieć skrzynkę i pić jedno co roku…

Co unikalne dla tego poziomu jakościowego Bin 389 i Grange powstają bardziej w wyniku magii winemakera niż terroir – winogrona pochodzą z różnych części kraju, są własne i skupowane. Ciekawe, że pierwsze reakcje ekspertów na Grange w latach 50. były niezbyt entuzjastyczne: „Bardzo dobre wytrawne porto, którego nikt nie kupi, a co dopiero mówić o wypiciu” i „Zeschnięte jagody z roztartymi mrówkami”. Warto przy okazji zauważyć jaką inspiracją dla ambitnych winiarzy na świecie były wina bordoskie jako wzorzec harmonii, elegancji, siły i długowieczności. Bez nich nie byłoby takich win jak Grange, Sassicaia, kultowe wina z Doliny Napa, itd.

Potem spróbowałem dwóch shirazów od Torbrecka i importera Wines United, które zadziałały na mnie jak runda z Kliczką. Torbreck Descendants 2009: smoła, smażone jagody i maliny, lukrecja. Piękne, o smaku smażonych jagód i atramentowej głębi, wspaniale gęste i tnące język. I potem nastapiło opus magnum, po którym można schować długopis i usiąść gdzieś pod drzewem poczytać Sartre’a. Torbreck RunRig 2007 Maciej Świetlik z Wines United nalewał naparstkiem dyskretnie z poziomu kolan spod stolika, ale chwała i za to, w końcu wino wyraża się w czterech cyfrach PLN. Trudno uwierzyć („ciężko uwierzyć” piszą tylko ci, których wiara uwiera, a niewierzącego nic nie uwiera), że wino ma aż 15,5 % – pachnie, pachnie, pachnie – delikatnymi perfumami, kadzidłem, czarnymi oliwkami, czarnymi owocami, wcale nie jest gęste, ale przenikliwe jak spojrzenie oficera śledczego. I tylko pozostało zadziwienie: naprawdę spróbowałem tego nektaru czy wyparował w kieliszku by cieszyć anioły?

Święto nie jest co dzień, od tego czasu minęło blisko miesiące. Trochę czasu nie było mnie na miejscu, niestety ominął mnie zlot Blogosfery z seminarium o barolo i „aferą” Chrzczonowicz kontra część blogerów wyrzuconych na śmietnik historii. Nadeszły wakacyjne ogórki, na szczęście nie wszyscy branżowcy w Warszawie myślą, że winomani leżą na plażach ogrodzeni parawanami.

Sklep „13 Win” na Pradze wrzucił w półki nowozelandzkiego producenta Alpha Domus z Wyspy Północnej. Tłumy na degustacjach w tym miejscu są nową świecką tradycją Warszawy. Konferansjerem był kolega Bazylak, zdegustował / zadegustował (niepotrzebne skreślić) z nami sześć win. Nawet je sobie opisałem, ale zgubiłem kartkę z wrażeniami, więc nie będę zanudzał szczegółami. Wina były przyzwoite, żadnego osobiście nie wyróżniam, ale wyróżniam miejsce i polecam wsiawiakom. Na degustacjach w „13 Win” za równowartość sześciopaku próbuje się sześciu win, można posłuchać prelengenta, pogadać, itede, itepe. Ciekawskich recenzji odsyłam na www.winicjatywa.pl/alpha-domus-the-wingwalker-viognier-2013/.

DSCN1057aaa

Niedawno dwukrotnie odwiedziłem też lokal „Wino&Friends”. Degustacja win portugalskich, głównie vinho verde była dla mnie wydarzeniem bardziej towarzyskim niż smakowym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Zostałem też tam zaproszony na degustację win Inama – klasyka włoskiej apelacji Soave z okolic Wenecji. Krople Wina wprowadzają je do swojego portfolio, ceny nie są promocyjne (80-100 zł) i niełatwo je będzie sprzedawać. Może warszawska gastronomia to łyknie, te białe wina wydają się mieć niezłą użyteczność kulinarną. Najbardziej chciałem spróbować właśnie win dwóch win DOCG Soave w 100% ze szczepu garganega. Inama Soave 2015 pachnie łagodnie gruszką i melonem, jest czyściutkie, mineralne i kwasowe. W słynniejszym Soave Vigneti di Foscarino 2014 można doszukać się tej mitycznej soaviańskiej nuty migdałowej, wino jest gęstsze, bez owocu i surowe jak katedra romańska. Jestem na tak, ale za połowę kwoty. Potem okazało się, że w tej okolicy można też robić dobre czerwone. Carmenere 2014 przebija większość Chilijczyków z tego szczepu. Co prawda mamy kakao, mamy przyprawy, mamy jagody, ale styl przypomina mi bardziej o bordoskich korzeniach. Beczka nie jest napastliwa, ciało delikatniejsze, a kwasowość apetyczna.

DSCN1059aaaa

A tymczasem zamieniam swoje cele w rzeczywistość. Konfucjusz zalecał by robić to co się lubi, a nigdy nie będzie się pracowało. Podjąłem etat w specjaliszczaku. Tym samym wstępuję do elitarnego grona blogujących pracowników sektora winiarskiego. Ktoś mi wytłumaczy dlaczego większość blogerów nie jest związana z winem zawodowo?

Guado al Tasso 2001. Rarytas.

Każdy bloger na początku swej krzyżowej winnej drogi w Internecie musi zająć stanowisko w kwestii pisania notek degustacyjnych. Teoretycznie wydaje się to najłatwiejszym zadaniem, wystarczy mieć jakąś otwartą (lub otworzoną, choć ktoś niedawno upierał się, że użyłem formy niepoprawnej językowo) butelkę wina. Potem gramy w grę „Oko Nos Usta”, wstukujemy i enter. Pisać każdy może, jeden lepiej, a drugi gorzej, ale nie o to chodzi…

Jako miłośnik takich uciech cielesnych jak picie wina dbam o to by mieć w mieszkaniu zapas pozwalający na przetrwanie wojny z Rosją i Niemcami, a nawet nagły ogólnoświatowy atak filoksery winiec. Kilka razy w tygodniu mógłbym zamieścić relację z drogi butelki wina przebytej przez mój układ pokarmowy (pomijając może jej smutny koniec, choć ktoś powiedział, że w winie chodzi tylko o to, żeby je wypić i wyszczać). Z kilku powodów tylko niektóre z wypitych przeze mnie win dostępują zaszczytu opowiedzenia coś o nich, ponieważ:

  1. Szkoda pisać cokolwiek o winach zwyczajnych, niczym się nie wyróżniających. Komentator meczu Górnik Łęczna – Cracovia może czuł się w obowiązku analizować niecelne podanie Prusaka do Drewniaka podekscytowanym głosem. Ja wczoraj przeżywałem podobne emocje pijąc sangiovese z Marchii, ale nie będę Was tym męczył.
  2. Do napisania ciekawej noty degustacyjnej trzeba mieć talent mnożony przez kompetencje. Jakiś dryg mam, coś tam też umiem rozpoznać, ale student udający profesora zwyczajnego jest nadzwyczaj zabawny.
  3. Moja rekomendacja może kogoś zachęci do danego wina, ale nie mam mocy Parkera – i nie tylko dlatego, że mój imiennik pisze w języku bardziej międzynarodowym.
  4. Dochodzi do tego kwestia przydatności noty degustacyjnej dla odbiorcy. Kupuję nie tylko wina łatwo dostępne, a czasem nawet te dostępne zanim trafią do mojego kieliszka przechodzą do kategorii „towar niedostępny w magazynie”. Chyba częściej wypijam wino po kilku latach od zakupu niż kilku godzinach.
  5. Nie dostaję prezentów od sieci dyskontowych.

 

Na temat oceniania win, notek i degustacji w ciemno napiszę za jakiś czas obszerny felieton. Temat jest bardzo interesujący, a chyba nie został jak dotąd kompleksowo ujęty na polskim blogu.

Dzisiaj zamieszczam wrażenia z jednego z najlepszych win kupionych i wypitych przeze mnie w tym roku: Guado al Tasso 2001. Jest to wino z podpunktu czwartego czyli dostępność tego rocznika w Polsce jest mocno wątpliwa, kupiłem kiedyś w Centrum Wina ostatnia butelkę w dość okazyjnej cenie 200 zł.

Guado al Tasso to jedna z posiadłości największego imperium winiarskiego Włoch, rodziny Antinorich, która od XIV wieku zajmuje się uprawą i handlem. Guado al Tasso to tzw. supertoskan z apelacji Bolgheri położonej na zachodnim wybrzeżu Toskanii. Piero Antinori odegrał niebagatelną rolę w powstaniu kategorii supertoskanów, gdy namówił swojego wujka do sprzedawania pewnego wina robionego dla potrzeb rodziny. Tak powstała Sassicaia, a za nią inne wina w tym regionie oparte na szczepach bordoskich, niedozwolonych by uzyskać oznaczenie apelacyjne w Toskanii. To w największym skrócie, bo nie chcę zanudzać encyklopedycznymi wycinkami.

Przechodząc do analizy i oceny wina dodam jeszcze wyjaśnienie punktacji win. Napiszę kiedyś o tym więcej w felietonie, teraz ograniczę się tylko do wyjaśnienia przyjętej skali 100-punktowej. Każdy wie o tej skali, choć nie każdy wie jak się ją stosuje, a nie ma w niej żadnej magii czy tajemniczości. Punktem wyjściowym jest liczba 50, do której dodajemy maksymalnie:

5 – za wygląd i kolor,

15 – za aromat (czystość, intensywność, zróżnicowanie),

20 – za smak (długość, intensywność, balans, czystość, głębokość),

10 – za ogólną jakość i potencjał rozwoju wina.

 

Jestem wymagający i według tego szablonu oceniając wina stosuję takie pułapy jakościowe:

poniżej 80 kategoria nieczęsto mi znana, niewarta zachodu opisywania

80-85        niezłe, dobre

86-90        dobre, b. dobre

91-95         świetne

96-100      proszę przysyłać butelki

 

GUADO AL TASSO 2001

 

20151031905

Supertoskan nie może być winem robionym klasycznie z samego sangiovese (errata- a właśnie, że może!, dzięki Jongleurowi za uwagę) i musi zawierać szczepy międzynarodowe, tutaj mamy 60 % cabernet sauvignon, 30 % merlota i 10 % syrah. Dojrzewanie wina również przypomina styl bordoski, prawie półtora roku w nowych francuskich baryłkach. Dzięki wydłużonej maceracji na skórkach kolor tego już 15-letniego wina jest mahoniowo-brunatny. W pierwszym nosie uderza czekoladą i czarnymi owocami, trochę też tytoniem, ale i duszącymi nutami mięsnymi, które znikają po napowietrzeniu. Zapach czekolad i ciemnych owoców cały czas dominuje, pojawiają się też mokre liście, odrobina gałki muszkatołowej. W ustach eksplozja smaku kawy i czarnych owoców wsparta delikatnie liśćmi przypominającymi o wieku wina. Tym niemniej wino jest absolutnie wytrawne, żadnej zbędnej słodyczy, pełne, harmonijne, skoncentrowane i aksamitne ze świetnie wypolerowanymi garbnikami.

Doskonałe i wcale nie trzeba panikować by pić je już teraz, jeszcze kilka lat będzie wzbudzać podziw.

Ocena: 93p. Centrum Wina, 200 zł (wyprzedaż).

WWV i WWW. Winny o winie, Vermeerze i o Warsaw Wine Week

Mężczyzny nie poznaje się po tym jak zaczyna. Dla mnie to dobrze, bo miewam dni, że przymierzam się do zablogowania niczym Vermeer do nowego obrazu. Namalował ich w całym życiu około trzydziestu, dzieci spłodził około piętnaścioro – widocznie uznał, że takie proporcje dla malarza są odpowiednie. Jak prawie każdy prawdziwy artysta był średnio ceniony wśród mu współczesnych, dopiero dzisiaj uważany jest za arcymistrza subtelnych scen rodzajowych ukazujących życie flamandzkich mieszczan epoki renesansu.

Nie śmigam klawiaturą z taka finezją jak Vermeer pędzlem (w dodatku tym drugim operował przecież z podobną pasją), ale wyznaję jego zasadę „rzadziej, a lepiej” (i tu, i tam). Nie mam inwencji by codziennie napisać coś zadowalającego mnie samego, za wierszówkę nikt mi nie płaci, produkcyjniaków trzaskać nie chcę. Ważne jest dla mnie, żeby każdy kto usiądzie przy stole by poczytać mojego bloga nie odszedł głodny, a tym bardziej spragniony. No to śladem damy z obrazu poniżej kielichy w dłoń. Prosit!

 

unnamed

Vermeer przedstawił aż w pięciu obrazach tematykę nas interesującą: jeden przedstawia drzemiącą po nadmiarze wina dziewczynę, jeden jest sceną dydaktyczną z domu publicznego i trzy to sceny uwodzenia winem młodych dziewcząt. Na obrazie „Kieliszek wina” żołnierz niczym jastrząb czujnie wpatruje się w oczy częstowanej ofiary, której twarz jest częściowo ukryta chustą i kieliszkiem, jakby w zawstydzeniu przed naszym ciekawskim wzrokiem, a pusty kieliszek oznacza, że jej opory zostały złamane.

W podobnym, a jakże różnym obrazie „Żołnierz i śmiejąca się dziewczyna” Vermeer zastosował skrót perspektywiczny dla podkreślenia kontrastu między ciemną sylwetką dominującego podpartego bokiem mężczyzny a rozświetloną drobną postacią częstowanej winem dziewczyny. Para zastygła na płótnie na wieczność jako subtelny symbol konfrontacji zła i dobra, niecnych zamiarów i niewinności, jako swoisty moralitet ku przestrodze dla dorastających panienek.

Jan_Vermeer_van_Delft_023aaaa

Z obrazów trudno wywnioskować jakich win kosztowały te młode kobiety, ówcześni nie odkryli jeszcze szklanych butelek, a tym bardziej etykiet. Możemy tylko snuć domysły, że zapewne są to w każdym przypadku wina białe. Do końca Wojny Trzydziestoletniej Niderlandy zaopatrywały się w słodkie niemieckie wina reńskie, co wynikało z prostego faktu wpływania Renu do Morza Północnego w Rotterdamie, zresztą chyba największego wówczas portu świata. Z powodu wojny kupcy holenderscy przerzucili się na słodkie francuzy, na przykład z Sauternes.

 

Pomijając nawet wspaniałego Vermeera, winni maniacy też mają po co wybierać się do muzeów. Aż chce się zakrzyknąć: kto podejmie się przedstawienia motywów wina w historii malarstwa? Pewnie znalazłoby się w Polandii kilka kompetentnych osób, a potencjalnemu wydawnictwu solennie obiecuję zakup dwóch egzemplarzy, hehe. O tym, że wino nie musi być tylko wartością samą w sobie, wiemy wszyscy. Wojciech Bońkowski napisał niedużą książkę o Chopinie dla smakoszy i winopijców. Blog „Z winem do kina” (pozdrowienia dla Piotra) wiadomo w domyśle jakie miłości łączy.

Ferdinand Bol „Zarząd cechu kupców winnych”
Ferdinand Bol „Zarząd cechu kupców winnych”

Nie ma nic równie nieświeżego co wczorajsza gazeta. Można to powiedzenie rozciągnąć na ubiegłomiesięczne degustacje, ale mimo wszystko postanowiłem podzielić się paroma refleksjami o Warsaw Wine Week, ponieważ w blogosferze ta impreza przeszło chyba bez większego echa (mogę się mylić, nie czytam wszystkiego i zawsze). Kupując jednorazowo opaskę na nadgarstek można było zrobić tournée po mieście i kupować w wybranych wine barach sety trzech win na kieliszki za skromne 15 zł. Jestem za i nawet nie przeciw, idea wydaje się naprawdę bardzo dobra dla warszawskich wielbicieli wina.

Odwiedziłem tylko część miejsc, ale chwalę dwa: Wino&Friends (przy Intraco) i Borpince (obok Chmielnej). Natomiast kilka razy trafiłem mniej udanie: brakowało wyboru win, albo ich jakość była bardzo przeciętna tudzież personel był dość niezorientowany. Wolę chwalić niż ganić (zwłaszcza, że nikt mi za skórę nie zalazł), więc zareklamuję gratis te dwa miejsca, które mi się podobały.

 W „Wino & Friends” były bodajże cztery zestawy win do wyboru. Zwracam uwagę na bag-in-box z francuskiej apelacji Corbieres „Le temps des Dames”. Tanie, dobre, z uwagi na cięższe aromaty może nie na upały: ciemne owoce, czereśnie, zioła, oregano, fiołki. Ciekawie porównało się loarskie sauvignon blanc z Sancerre i Pouilly-Fumé. Podobno istnieją akademiccy dyskutanci potrafiący godzinami spierać się o różnice między tymi apelacjami.  Czytałem tyle samo razy, że się różnią co tyle razy, że różnią się nie do odróżnienia. Tutaj dwa wina od Erica Louisa z bieżącego rocznika 2015 różniły się akurat znacznie. Sancerre jest w stylu klasycznym: kamienistym, cierpkim i surowym czyli lepiej na potem. Pouilly-Fumé. jest dzisiaj bogatsze, pachnie miodem, herbatą, kwiatami, smakuje za to cytrusowo – tropikalnie. Obsługa i ceny w „Wino & Friends” – na plus.

DSCN0990aaa

 

 

W hungarskiej knajpie „Borpince” na ulicy Zgoda było co najmniej tak samo dobrze. Kompetentny facet od win i długi ciąg butelek do wyboru. Gdybym nie znał umiarkowania w jedzeniu i piciu to musiałbym mnie odprowadzić. Pobiesiadowałem, wybrałem kilkanaście win na kieliszki, z których tylko jedno było za stare, reszta na poziomie.

Przede wszystkim nigdy w życiu nie zapłaciłem ledwie 5 złotych za kieliszek aszu. Ten słodki tokaj aszu 3 od Mihaia Hollokoia z 2007 roku spełnił moje oczekiwania. Brzoskwinie, piwniczka i miód w nosie, prawie niebo w gębie. Podobał też mi się jego Furmint 2011 pachnący kwiatami i miodem gryczanym, przy tym intensywny i nie za ciężki. Z coraz słynniejszego wulkanicznego miniregionu Somlo polecam na przykład wino Kolonicsa ze szczepu juhfark, rocznik 2013 ma naftowo – kiszonkowy nos i mineralny, oleisto – tłustawy smak. Z charakterem i potencjałem leżakowania były czerwone egri bikavery również z 2013 roku od Grofa Buttlera i St. Andrea.

 

Piękna barwa wina i zaskakujących paznokci w tle.
Piękna barwa wina i zaskakujących paznokci w tle.

Po wizytach w paru innych miejscach postawiłem sobie pytanie czy może pomysłodawcy z Winicjatywy nie powinni wziąć za rok aktywnego udziału na etapie realizacji pomysłu Warsaw Wine Week czyli akceptując propozycje win na kieliszki przez wine bary biorące udział. Przypominają mi się słowa – klucze komentatorów meczów polskiej ligi, gdy kopacz z pola karnego strzela w maliny: „Pomysł dobry, gorsze wykonanie”. Ewentualnie pomeczowe: „Musimy wyciągnąć wnioski”. To są moje prywatne odczucia, ale mam nadzieję, że Warsaw Wine Week wejdzie do kalendarza stolicy. Może następna edycja już we wrześniu?

Dlaczego jesteś tak bardzo za pinotem?

Trudno jest mi wyobrazić sobie kogoś kto zawodowo zajmowałby się boksem, a nie oglądał nigdy walk Alego z Foremanem. Znałem kiedyś kelnerów z dwudziestoletnim doświadczeniem, wychowanych na filmie „Zaklęte rewiry”. Natomiast jeśli profesjonalnie zajmujesz się winem, albo jesteś jego wielbicielem, nie możesz nie znać filmu „Bezdroża”. Z okazji mojej weekendowej domowej degustacji odświeżyłem sobie ulubioną scenę z tego filmu. Jeśli „Bezdroża” są dopiero przed Tobą, i tak śmiało czytaj dalej, nie zamieszczę spoilera.

Główny bohater czterdziestolatek Miles, mieszanka neurotyka z romantykiem, którym była żona prawdopodobnie pomiatała, nie całkiem z własnej inicjatywy ląduje na randce. Maya zaczyna rozmowę: „Mogę ci zadać osobiste pytanie?”. On spodziewa się jakiegoś niewygodnego tematu, ale rozluźnia go kontynuacja pytania: „Dlaczego jesteś tak bardzo za pinotem?”

sideways-b3

Przez kilka minut obserwujemy z bliska świetną scenę damsko – męską. Miles podświadomie opisuje siebie, a nie charakter pinot noir: że ma cienką skórę, wymaga nieustannej opieki, jest w stanie rosnąć tylko pod najbardziej cierpliwym okiem i dużo czasu potrzeba by zrozumieć jego potencjał. Zatraca się w tym co mówi, skupia, patrzy częściej przed siebie niż na nią. Ona słucha z uwagą, uśmiecha się, jej oczy błyszczą, jej usta są pełne, przechyla delikatnie głowę, na chwilę wysuwa koniuszek języka z ust. Jest gotowa na romans. Miles kończąc opowieść pyta: „A co z tobą?”. Maya przeżywa jego niezamierzone otwarcie się i nagle zostaje wytrącona z seksualnego rytmu aluzji – Miles nie pyta o jej emocje, ale o wino. Pochyla się ku niemu i zaczyna mówić. On początkowo wbity w fotel jak nieśmiały prawiczek, po chwili nieznacznie wysuwa się zahipnotyzowany, zaciska usta i zaczyna wpatrywać wprost w nią. Zaczyna rozumieć, że rozmawiają o nim. Ona snuje opowieść, że lubi ten czas, gdy wino osiąga swój szczyt i następuje jego spadek formy. I – uwaga, tu Maya fenomenalnie rozkłada na łopatki – zawiesza na ułamek sekundy głos i dodaje dygresję: „tak jak twoje 1961 i że nadal zajebiście smakuje”, mając na myśli OCZYWIŚCIE WYŁĄCZNIE jego legendarną ukochaną butelkę Chateau Cheval Blanc 1961, prawdopodobnie też roku urodzenia Milesa.

W dodatku w tym momencie wzmacniając kontekst kładzie dłoń na jego dłoni. Napięcie wprost eksploduje z ekranu. No i on oczywiście nie sprawdza się totalnie niszcząc klimat: „Ale wiesz, ostatnio smakują mi rieslingi”. I wychodzi do łazienki. Licealista. Potem jego pocałunek jest niewiarygodny i nieprzekonywujący, ona ma dość sytuacji i wychodzi.

Tę scenę należy oczywiście popijać pinotem (jeśli spróbujesz z merlotem to ja wychodzę, nie gadamy). A co może być lepsze od kieliszka pinota? Brawo, jasne, że dwa kieliszki, a nawet trzy z pinotem. Postanowiłem otworzyć aż trzy butelki, a że nie chciałem utopić się w nadmiernie hedonistycznej rozkoszy to zamiast burgundów czy kalifornijskich pinotów wybrałem nie związane z „Bezdrożami” trzy zwyczajniejsze pinoty nowozelandzkie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
                                                                                                   

 

LAWSON’S DRY HILLS „Marlborough Pinot Noir” 2012 (Vininova, ok. 60-70 zł)

YEALANDS „Marlborough Pinot Noir” 2013 (Tesco Finest, 47 zł)

SEIFRIED ESTATE „Nelson Pinot Noir” 2014 (Marks&Spencer, 50 zł)

Jest to trzech producentów o dobrej renomie, robiących na kilku poziomach wina szczepowe, a te wymienione należą, jak same nazwy wskazują, do win podstawowych.

Rozczarowało mnie pinot z Tesco. O dziwo, bo Wojtek Bońkowski rekomenduje je w „50 win do 50 złotych”. W nosie piwonie, runo leśne, spalony kabel, maliny, wiśnie i trochę łodyg. Ten kabel i alkohol 13,5% niestety czuć tez w ustach. Ciepła owocowa słodycz malin i wiśni kończy się pewna pustką i niedosytem. 81 p.

Za to drugi pinot z największego regionu winiarskiego Nowej Zelandii Marlborough mnie zadowolił. Najlepsze pinoty regionu mają stanowiska na glinianych zboczach, ale temu nie brakuje niczego do ceny importera 60-70 złotych. Czteroletnie już wino z Lawson’s Dry Hills o bardziej nasyconej barwie i nutach lekko gotowanych owoców (czereśni, truskawek, jeżyn), ziół, goździków, najdojrzalsze z wszystkich trzech. Ciut wytrawniejsze też i pełniejsze, o smaku znów lekko gotowanych owoców, ziemistości i delikatnych ziół. 88 p.

Nieco tańszy, a podobnie dobry był pinot noir od największego wytwórcy z niedużego regionu Nelson, na północ od Marlborough. Zresztą Herman Seifried w 1974 roku jako pierwszy zasadził w nim winorośle, więc historycznie są to dwa regiony równorzędne. Jak niemal każdy pinot z nowej Zelandii spędził rok na odpoczynku we francuskiej beczce. Wyczułem klasyczne aromaty poziomkowo – malinowe i świeżych przypraw. Wino lekko zbudowane, dość kwasowe, prawie bez tanin, smaczne również w upały. 87 p.

Traktat o pożądaniu. Kolekcjonerstwo, część czwarta i ostatnia.

Goethe napisał w niespełna dwa miesiące „Cierpienia młodego Werthera” (bodajże o kolesiu, który wymyślił karmelowe cukierki). Moje cierpienia by dopiąć czteroczęściowy cykl o kolekcjonowaniu win zajęły prawie tyle samo czasu. W ostatnim odcinku pojawił się Michel-Jack Chasseuil, więc zanim przeczytasz ten wpis koniecznie cofnij się do poprzedniego:

Traktat o pożądaniu: kolekcjonerstwo, wstępna analiza zaburzenia.

Kilkadziesiąt lat temu wina robiono inaczej, lepiej czy gorzej – pozostanie pewnie trudnym do rozstrzygnięcia sporem akademickim. Faktem niepodważalnym jest szaleńcze rozwarstwienie cen win, gdy uznane bordeaux czy burgundy kiedyś na kieszeń studenta poszybowały cenowo ku stratosferze. Chasseuil oddał bankowi oszczędności klucze do swojej piwnicy pełnej niespodzianek, co nie zapobiegło jednak wizycie niezapowiedzianych gości.

W czerwcu 2014 roku odwiedziło go czterech panów przestawiających się jako dostawcy wina. Jak dobrze wychowani goście nie przyszli z zupełnie pustymi rękami, w zasadzie mieli je zajęte odkryciami inżyniera Michaiła Kałasznikowa. Bez klucza do piwnicy Chasseuil mógł przyjąć gości skromnie: zaproponował kawę, ciasto i piętnaście skrzynek wina domowego. Goście przystali tylko na wino, za to z entuzjazmem – wyściskali gospodarza tak niefortunnie, że zainteresował się nim chirurg.

Wizyta odbiła się pewnym echem w prasie winiarskiej. Chasseuil publicznie poinformował, że spodziewał się niespodziewanych wizyt, ale klucze zdeponował i nic na to nie poradzi oraz prosi o anonsowanie wizyt z imienia i nazwiska.

Michel-Jack Chasseuil w pigułce:

  • „nigdy nie miałem samochodu, który by się nie rozwalał”;
  • dom wartości 350 tysięcy euro;
  • kolekcja win wartości co najmniej kilkadziesiąt milionów euro;
  • wciąż dokupowane, ale nie tknięte od 25 lat.

Po chuj?- bystro zapytasz. Bohaterowi opowieści przyświeca od dawna jeden cel istnienia swojej kolekcji: stworzyć Luwr Wina, swój wkład we francuskie dziedzictwo kulturalne. Swoje zasoby uważa za dobre by je pić, przekazać w spadku synowi, a tym bardziej sprzedawać superbogatym snobom z Azji. W wywiadzie do „Timesa” oświadczył, że wysiłek jego życia nie jest na sprzedaż za żadne pieniądze, bo nie chce, żeby te wina zostały wypite przez nowobogackich w ciągu kilku lat. Kolekcję cały czas uzupełnia, chociaż w konkurowaniu z miliarderami o cenne butelki pomagają mu bardziej koneksje i ręka na pulsie niż pieniądze. Wina bordoskie przestał kupować po roczniku 2010, gdy musiał pożyczyć na nie z banku milion euro. W 2012 roku stworzył Fundację Chasseuila, w którą zaangażował się przesławny winiarz Marcel Guigal. Poprzez min.: kolacje z winem zbiera pieniądze na realizację projektu Luwr Wina. Wydaje się jednak, że samodzielnie te działania są mało efektywne. Chasseuil gdyba na przykład, że dopnie celu, jeśli każdy sommelier na świecie przeznaczy jedno euro na jego fundację.

Pewna utopijność projektu powstania takiego Luwru Wina (najchętniej w Paryżu) polega też na przecież na wątpliwości sensu uczynienia muzeum z kolekcji win, owszem, wielkich, ale tak naprawdę bez znaczenia historycznego. Takie fragmenty kolekcji Chasseuila jak szampan Napoleona spełniają ten warunek, ale czy zwiedzanie muzeum dla oglądania skrzynek na wino z Puligny Montrachet od Domaine Leflaive może być fascynujące dla kogoś więcej niż absolutny freak winiarski?

W dodatku Chasseuil od kilku lat pozostaje w sporze z instytucją z przysłowia o tym, że w życiu pewne są tylko dwie rzeczy. Zbiory spoczywające spokojnie pod jego ogródkiem wywołują coraz większe pożądanie smutnych panów w ciemnych garniturach pracujących dla dobra państwa francuskiego i zostały wycenione na 2 miliony euro zadośćuczynienia. W związku z tym Chasseuil grozi, że podąży śladami Depardieu do Rosji, jeśli jego niekomercyjna kolekcja nie pozostanie w spoczynku fiskalnym.

Zbliżam się do końca cyklu felietonów o kolekcjonowaniu win, czas na podsumowanie. Michel-Jack Chasseuil jest pewnym ewenementem ze względu na altruistyczne pobudki przekazania swojej zapierającej dech piwnicy do muzeum. Niemniej większość kolekcjonerów wina łączy wspólne ogniwo – zatracenie pierwotnego sensu kupowania win. To oczywisty trywialny banał, ale wino służy do picia. Pamięć o nim pozostaje najsilniejsza, gdy wypijamy je w szczególnych okolicznościach, w szczególnym towarzystwie. Przecież tych emocji nie da się powtórzyć patrząc na skrzynki z logo słynnego bordoskiego zamku. Na łożu śmierci poczułbym się źle (sic) ze świadomością, że pochowają mnie w ziemi w sąsiedztwie ściany wyłożonej skrzynkami Petrusa, na którego wydałem całe oszczędności swojego życia.

Oglądaliście „Dekalog X” Kieślowskiego? Stuhr i Zamachowski spotykają się po latach z powodu śmierci ich ojca, którego też zresztą słabo znali. I ze wzajemnością – ojciec swojego dorosłego życie nie poświęcił zbytnio rodzinie. Po jego śmierci synowie muszą coś zrobić z mieszkaniem po nim. Całe wyposażenie to prycz, stół, parę krzeseł i szafa. Pancerna. A w niej tylko znaczki pocztowe. Synów odwiedza jakiś prezes stowarzyszenia filatelistycznego, przegląda jeden z klaserów i mówi: „Za ten znaczek może pan mieć diesla, za te trzy kupi pan mieszkanie”.

pobrane

Co stanie się z winami pana Chasseuila po jego śmierci?

Ten dzień, w którym winna miłość schodzi na drugi plan

Nie, nie rodzi mi się dzisiaj dziecko. Pozostaje więc już tylko druga możliwość: Polska gra o medal Mistrzostw Europy. Że w piłce nożnej to nawet nie wymaga precyzowania. Piłka to noga i koniec, jeśli chodzi o inne części ciała dodajemy przymiotnik: ręczna, siatkowa, wodna.

Nigdy powiedzenie „Mamy 40 milionów ekspertów piłkarskich” nie było tak aktualne jak w tych dniach. W mediach wypowiadają się niemal wszystkie tzw. osoby publiczne. Niektórzy z wiedzą, inni na zasadzie „Nie znam się, więc się wypowiem”. Skoro zdanie zabierają osoby znane z niczego ścianek, a wynik meczu typuje w telewizji osioł wybierając marchewki to ja też postanowiłem podzielić się z Wami na łamach mojego bloga garścią warzyw refleksji.

A mam do tego prawo – jako małolat miałem kompletnego zajoba na punkcie sportu. „Przegląd Sportowy” czytany niemal codziennie od deski do deski, znałem najlepszych łyżwiarzy figurowych z Francji i pingpongistów z Korei Południowej. Składy i wiek piłkarzy z klubów polskiej trzeciej ligi mogłem recytować z pamięci, a mecze polskiej reprezentacji oglądałem z odtworzenia cztery godziny, żeby wychwycić wszystkie detale i każde zagranie poszczególnych piłkarzy. Taki klimat.

Z wiekiem choroba znacznie ustąpiła, a jej objawy nasilają się raczej jeden miesiąc na dwa lata. Gdy znasz się dobrze na temacie, potrafisz odróżnić w telewizji eksperta od pseudoeksperta po kilku zdaniach. Zwykle wyrabiam sobie sam zdanie, bo chociaż nie kojarzę z pamięci kto obecnie trenuje Inter Mediolan, ale czytania gry podczas oglądania meczu nie zapomniałem.

Dla mnie weryfikacją tego czy ta reprezentacja osiągnie sukces był dopiero mecz pucharowy ze Szwajcarią. Kibic świąteczny może nie wiedzieć, że do roku 1976 w finałach Euro grały CZTERY drużyny, do 1992 osiem, a jeszcze na „naszym” Euro szesnaście. We Francji znowu rozdmuchano turniej, idąc tym tropem kiedyś o wejście na mistrzostwa Liechtenstein będzie musiał pokonać Gibraltar. W dobry stylu wyszliśmy z grupy, ale de facto znaleźliśmy się dopiero wśród 16 najlepszych na kontynencie – czyli tak jak cztery i osiem lat temu. Harvey Keitel z czasów „Pulp Fiction” powiedziałby, że to jeszcze nie czas na lizanie się po fiutach.

I ja myślę, że reprezentacja Polski dopiero meczem ze Szwajcarią przeszła tak naprawdę pozytywnie egzamin, egzamin z zachowanej pamięci dla przeciętnego kibica za lat dziesięć. Co prawda nie był to mecz dobry Polaków w drugiej połowie i w dogrywce, zaczęło ubywać sił, a na razie nie objawił się nikt spoza pierwszego składu kto nie obniżyłby poziomu jakościowego. Gdyby przyznawać zwycięstwa za styl jak w skokach narciarskich to ekipa Nawałki raczej powinna już być na wakacjach. Ale sztuką jest też wygrać, gdy idzie ciężko.

Piłka nożna jest najbardziej nieprzewidywalnym i najbardziej niesprawiedliwym sportem drużynowym, tu naprawdę słabszy może pobić silniejszego, między innymi dlatego jest najpopularniejszym sportem na świecie. Dlatego też mawia się, że futbol jest zdecydowanie najważniejszą z nieważnych rzeczy na świecie. Tutaj naprawdę kilka centymetrów potrafi mieć znaczenie i doprowadzić do ekstazy miliony, a kolejne miliony do rozpaczy. Ciut krótsze palce (ewentualnie reakcja późniejsza o setne sekundy) bramkarza Fabiańskiego i Szwajcarzy strzeliliby gola z rzutu wolnego. I tego typu sytuacje często decydują o wynikach meczów, również tych najważniejszych na świecie. O roli przypadku, szczęścia i tych paru centymetrów w piłce można pisać prace magisterskie.

Oczywiście nie znaczy to, że to los rządzi wynikami meczów – ale w suchym wyniku często znikają detale. Dzisiaj zagramy z Portugalią, ale pamiętacie dlaczego nie z Chorwacją? Dlatego, że w 116 minucie meczu Chorwat trafił w słupek i Portugalia wyprowadziła od razu kontratak zakończony zwycięską bramką. Strzał w słupek – tych parę centymetrów od euforii do klęski, od 1:0 do 0:1, ale mało kto pamięta już następnego dnia o okolicznościach.

Polacy wygrali w rzutach karnych ze Szwajcarią. Istnieją dwie wyświechtane opinie: rzuty karne to loteria / rzuty karne to umiejętności. Moja jest pośrodku, ale w tym konkretnym przypadku Polacy pokazali stalowe jaja. Strzelali na bramkę, za którą stały tysiące niezbyt przychylnych szwajcarskich kibiców, a poszli jak po swoje. Cztery pociski plus Milika prawie pocisk. O tym, że to nie takie łatwy świadczy, że najlepszy Szwajcar huknął w krzaki.

Dzisiaj ludzie w Polsce lub Portugalii nie pójdą wcześnie spać. Śmiem twierdzić, że w Polsce jeszcze później w przypadku wygranej, ten społeczny głód sukcesu jest tutaj tak ogromny. Wygranie daje medal mistrzostw Europy. Ostatniego naszego medalu, i to mistrzostw świata w 1982 roku w zasadzie nie pamiętam, więc te emocje są mi nieznane. Jestem z tych skrzywionych pokoleń, które pasują do obrazu narodu uświęconego dwustoma latami martyrologii i umęczenia. Mundial 2002, Mundial 2006, Euro 2008, Euro 2012. Cztery raz wpierdol. Wypracowana szansa, wspomożona korzystnym rozstawieniem fazy pucharowej, może nie pojawić się cholernie długo. Zwłaszcza, że UEFA niesłusznie zrezygnowała z rozegrania meczu o trzecie miejsce. Dwa lata temu Holendrzy mieli w dupie taki mecz, bo celowali tylko w finał, ale ogólnie mecze o trzecie miejsce też przynoszą duże emocje. Czy w Polsce ulice nie byłyby puste jak butelki po rieslingu na pikniku?

Zwróćcie uwagę, że wpis ma już pewna objętość, a dopiero teraz pojawi się nazwisko Lewandowski. Otóż mimo nieustannych pozytywnych komunikatów ze sztabu reprezentacji co do postawy Lewego dla mnie widać, że powstaje problem. W ogóle nasi napastnicy stali się dość nienapastliwi, Lewandowski gra co prawda w połowie reklam, na boisku niby też, ale jakby coraz mniej. Mecz z Szwajcarią był dla niego nieudany, niby grał w podobny sposób co we wcześniejszych, ale z mniejszą skutecznością w działaniu. Oglądałem wnikliwie wszystkie mecze i w każdym kolejnym Lewandowski grał trochę słabiej. Mam swoje refleksje co można zmienić, ale nie piszę tego felietoniku dla ekspertów i mam zaufanie do Nawałki, że nikt z nas nie wie lepiej co robić.

Skoro Lewy wychodzi z lodówek to czemu ma go zabraknąć na blogu o winach?
Skoro Lewy wychodzi z lodówek to czemu ma go zabraknąć na blogu o winach?

Zaszliśmy do ćwierćfinału świetną grą obronną i pomimo średniego ataku. Mam przeczucie, że teraz do wygrania Lewy nie może odwalić lewizny, a Milik nie może być mylikiem. Niepokoją mnie objawy przemęczenia sezonem u Lewandowskiego i to, że jest najczęściej faulowanym piłkarzem na Euro. Ale wiem, że może jeszcze zostać bohaterem meczu, a nawet turnieju. Boniek i Rossi w 1982, Zidane w 1998 są emblematami tamtych mistrzostw świata, chociaż na podobnym etapie turniejów byli bardziej krytykowani niż Lewy teraz.

I mimo że nie jestem patriotą (bo w każdym kraju mądrzy żyją z głupimi, uczciwi z podłymi) to piłka wywołuje emocje, a emocje powodują, że z czymś się identyfikujesz. Jeśli Polacy wygrają, górę wezmą emocje pozytywne, a o przyjemność nam w życiu chodzi, dlatego lubimy oglądać piłkę, podróżować, pić wino i flirtować.

Na koniec ciekawostka dla tych, którzy czują niedosyt, że za mało wina na blogu o winie: jeden z najlepszych piłkarzy świata Hiszpan Iniesta właśnie odpadł już z turnieju i może pomagać rodzinie w Bodegas Iniesta, apelacja Manchuela :)welcome

 

Traktat o pożądaniu: kolekcjonerstwo, wstępna analiza zaburzenia.

Stare przysłowie (choć zapewne nie tak stare jak ja) mówi, że jeśli nie ma cię w sieci to nie istniejesz. Znasz wielu mężczyzn żyjących w metropolii, w wieku erekcyjnym, na których ślad nie natrafisz w Internecie? Ze mną aż tak źle nie było, niemniej najpierw włamanie do mieszkania, potem backpacking w Tajlandii…Ważne, że właśnie wróciłem do istnienia i zamierzam dalej czynić swą winną powinność.

Prawdziwy mężczyzna powinien skończyć to co zaczyna, więc gwoli przypomnienia (albo odkrycia dla mniej uważnych) odsyłam do moich dwóch poprzednich wpisów dotyczących kolekcjonowania win. Można je też ominąć, tak jak można zacząć oglądanie „Mody na sukces” od bieżącego odcinka.

Krótki traktat o pożądaniu, część I.

Traktat o pożądaniu, część II. Zbieractwo.

Dzisiaj część trzecia i przedostatnia część, poświęcona osobie, która w ogóle była inspiracją dla tego cyklu.

Załóżmy, że jakiś David Copperfield umie wyczarować z kapelusza (lub butelki, jeśli wolisz) dowolnego człowieka z branży winiarskiej, którego miałbyś życzenie sobie poznać i jeszcze skorzystać na tej znajomości. Pewnie przyszedłby Ci na myśl ktoś wpływowy, jakiś krytyk lub krytyczka, winiarz lub winiarka, może sommelier. Niegłupio kombinujesz, chciałbym przedstawić Ci jednak postać nie tak znaną jak Gerard Basset czy Angelo Gaja, ale pod względem ześwirowania enofilskiego – level hard.

W tym momencie pozwolę sobie zacytować  Einsteina siebie z poprzedniego wpisu: Każdy zbieracz jest dumny ze swoich zbiorów. (…) Ambicją większości zbieraczy jest powiększać zbiory. (…) Cieszysz się, jeśli z każdym rokiem przybywa Ci zbiorów, tworzysz spis butelek, spis przeradza się w katalog. Masz zbiory warte kilka tysięcy, a chcesz mieć za kilkanaście. Jak masz już za kilkanaście to fantazjujesz, żeby mieć za sto, itd. A co powiesz na kolekcję za co najmniej 50 milionów euro?

Powiesz, że suma robi wrażenie. No i że jeśli ktoś ma własny port jachtów i parking Bentleyów to bunkier win nie jest żadną sensacją. A co powiesz na to, że taką kolekcję kupił i zgromadził facet spawający przez dwadzieścia lat samoloty?

Michel-Jack Chasseuil, emerytowany inżynier spawacz z zakładów Dassault, mieszkający na francuskiej wsi czterdzieści lat temu zaczął zbierać wina. Uskładał ich ponad 40 tysięcy butelek. Dużo. Nawet cholernie dużo, ale czy nikt nie ma więcej? Owszem – amerykańskie restauracje Latour czy Bern’s Steakhouse nawet kilka razy więcej, a mołdawskie lochy zawierają ze dwa miliony butelek wina. No, ale zerknijmy (w przenośni) co 73-letni pan Chasseuil zachomikował.

 Jak dobrze, że czasem stać emeryta na kieliszek skromnego wina.
Jak dobrze, że czasem stać emeryta na kieliszek skromnego wina.

Romanée-Conti? Wszystkie roczniki od 1905 roku ich najsłynniejszego wina. Petrus? Każdy od 1924 roku. Yquem? Najwspanialsze roczniki z XIX wieku i absolutnie wszystkie wypuszczone od samego początku XX wieku. Ilości? Wszystkie roczniki w skrzynkach po 12 butelek. Ktoś kto ma pewne pojęcie o winach, ma już pojęcie jakim kozakiem jest ten staruszek. Cartier, Vuitton i Patek pod jednym dachem. Zresztą nazwami etykiet można rzucać jak Strasburger sucharami, bo każdy słynny francuski (i nie tylko) producent ma swoje miejsce w jednej z trzech piwnic pod przydomowym ogrodem Chasseuila. Niektóre ze zbiorów nie mają wartości rynkowej, bo na ile można wycenić szampana zrobionego specjalnie dla Napoleona czy jedną z pierwszych butelek Louis XIII Remy Martin z roku 1900? A ile ma kosztować butelka koniaku z 1789 roku z odręcznymi podpisami na manuskrypcie Ludwika XVI i Marii Antoniny? Pergamin z 1299 roku, napisany przez burgundzkich mnichów – jedno z najstarszych istniejących pism przywołujących wino?

Wystarczy, bo pytajnik przestanie mi działać na klawiaturze… Jeśli liczebnie paru zawodników wygrywa z panem Chasseuilem to potęgą argumentów są miażdżeni jak Gołota przez Lewisa. Przed Wami w dwóch odcinkach historia spawacza, który według zgrabnej wyceny Jane Anson z„Decantera” zgromadził kolekcję win wartą coś pomiędzy 50 a 500 mln euro – w zależności od dnia i kupca.

Chasseuil w wywiadach opowiada o korzeniach swojej pasji i początkach kolekcjonowania. Jego dziadek handlował trzodą chlewną, jeżdżąc po okolicy przy okazji kupował baryłki wina. Lubił dzieci, spłodził ich jedenaścioro i każdego stycznia dawał im po sto butelek wina. Matka Michela-Jacka nie wypijała wszystkiego, więc jako młodzian sam zaczął odkładać te, które zostały zamknięte korkiem. Potem zaczął wina kupować: bezpośrednio od winiarzy, na aukcjach początkowo w Paryżu, następnie w innych miastach i państwach. Aukcje w latach 70. i 80. nie były tak popularne jak obecnie i można było kupić słynne wina w dość niskich cenach. Legendarny rocznik Petrusa 1982 kupił od handlarza bordoskiego za równowartość dzisiejszych 37 euro (obecna cena ok. 5 tys. euro). Ogólnie musiał mieć zadatki na świetnego kupca i udawało mu się płacić niewiele. Kiedy inni wypijali takie wina lub odsprzedawali dalej, Chasseuil cierpliwie budował domki ze skrzynek wina. Dla zobrazowania skali zdziwaczenia niech posłuży jego wyznanie, że od 25 lat nie wypił żadnego wina ze swojej piwnicznej kolekcji.

Jednak nawet w dawnych czasach nie wszystkie wina kupował za frytki. Na przykład doczytałem, że za skrzynkę porto Quinta do Noval 1963 wydał swoją dwuletnią pensję. Nie znam przyczyn jego rozwodu z małżonką w 1975 roku, ale myślę, że jest to pewien trop. Gdy jeszcze w 1990 rzucił pracę i przeszedł za zasłużoną emeryturę w sędziwym wieku 47 lat, z odprawy mógł oddać się już wyłącznie swojej pasji: pracuje nad swoją kolekcją siedem dni w tygodniu w godzinach 8-20.

Przez wiele lat cieszył się swoimi zbiorami w samotności, świat koneserów w zasadzie dopiero usłyszał o jego rosnącej kolekcji kilkanaście lat temu, popadając przy tym w zdumienie. W 2000 roku winom zrobiło się za ciasno w przydomowych podpiwniczeniach, więc w dwa miesiące pracując dzień i noc zbudował pod ogrodem profesjonalną wentylowaną piwnicę. A w zasadzie należy ją nazwać kaplicą skoro Chasseuil chodził tam o północy oglądać, cytuję: „Moje małe relikwie. Odnajduję też pokój duszy. Pieszczę je, moje butelki”. No, wdowy substytuują się pieskiem i księdzem, pan Chasseuil zaspokajał się fetyszyzmem butelkowym. Nastrój nabożnej ekstazy w podziemnej kaplicy dopełniały chorały gregoriańskie, których butelki i gospodarz słuchali z zamontowanego zestawu audio.

Mógłbym wykupić swój blok wraz z lokatorkami.
                                                                 Mógłbym wykupić swój blok wraz z lokatorkami.

Dlaczego piszę teraz w czasie przeszłym? Otóż kilka lat temu Chasseuil odgadł, że ktoś mógłby chcieć zamienić stan ciekły materii w stały (czyli upłynnić wina na gotówkę). Sam elektroniczny alarm i metalowe wzmacniane drzwi to średnie zabezpieczenie jak na równowartość zamku nad Loarą. Dlatego klucze do swoich skarbów przekazał bankowi, a ten je zabezpieczył w specjalnym sejfie. O tym, że był to niegłupi pomysł – już za kilka dni w najbliższym odcinku „Sensacji XXI wieku”. Będzie kryminalnie rodem z Michała Bardela (polecam rewelacyjną książkę „Zbrodnie i wina”).

 Nie do końca na temat - skromna część kolekcji żelaźniaków sułtana Brunei.
Nie do końca na temat – skromna część kolekcji  żelaźniaków sułtana Brunei.